(Zachwycająca) książka na wakacje. „Kochankowie i pisarze” Lily King

Początek

Szukacie książki na letni wyjazd? Ta będzie idealna!

Każdy ma swoją pojemność na brak. Niby świetnie sobie radzimy, niby dobrze to, co nas spotyka znosimy. Aż pewnego dnia wysypuje się jedna, mała rzecz i wraz z nią wali się wszystko wokół.

Nie pomagają metody, które wcześniej się sprawdzały, jak u Casey, bohaterki powieści Lily King „Kochankowie i pisarze”, zaciskanie dłoni w pieści, a potem po kolei wszystkich mięśni całego ciała. Wpadamy w czarną dziurę, bo zwyczajnie nie mamy się na czym oprzeć. Przecież nie da się zbyt długo stać na jednej nodze. Kto próbował, ten wie.

Tymczasem Casey umiejętność balansowania na jednej nodze, ba, na jednym palcu u nogi, opanowała do perfekcji. I stoi na nim dłużej, niż ustałby ktokolwiek z nas.

I może dlatego książka zamiast dołować, wyzwala w nas poczucie ciepła.

Mam trzydzieści jeden lat i siedemdziesiąt trzy tysiące dolarów długu. (…) po ukończeniu studiów przeprowadzałam się jedenaście razy, miałam siedemnaście prac i wiele nieudanych związków. (…) po dwunastej klasie zerwałam kontakty z ojcem, a niedawno, bo w tym roku, zmarła mi matka. Z rodzeństwa mam tylko brata, który mieszka pięć tysięcy kilometrów ode mnie. W ciągu ostatnich sześciu lat jedyną stałą, pewną rzeczą w moim życiu była pisana przeze mnie powieść. To był mój dom, miejsce, w którym zawsze mogłam znaleźć azyl. Miejsce, w którym nawet czasem czułam się silna (…) Miejsce, w którym jestem najbardziej sobą. Może niektórzy z was (…) już odnaleźli to miejsce. A inni może trafią do niego za ileś tam lat” – mówi Casey, a my chcemy, żeby tak właśnie było.

Czujemy przebijająca przez karty książki życzliwość. Otulamy się nią niczym ciepłym kocem w chłodny, sierpniowy wieczór, gapiąc się wraz z bohaterką na gwiazdy. Albo na gęsi. Może nie będziemy im śpiewać, ani z nimi rozmawiać tak jak ona, ale pewne jest, że polubimy Casey i to już od pierwszych stron. Będziemy chcieli, żeby jej się ułożyło, kibicując jej w pokonywaniu życiowego toru przeszkód.

Łapię się nawet na tym, że gdy Casey podejmuje – w mojej ocenie – złe decyzje, pytam ją w myślach: dziewczyno, co ty wyprawiasz? Nie stawiaj na tego człowieka! On cię skrzywdzi! No ale o to nie trudno, w końcu, jak sama przyznaje, każdy mężczyzna, którego poznaje, to „kolejny pieprzony dziwak”.

Sądząc z tego, z czym musi się zmagać bohaterka – śmierć matki i żałoba przyprawiająca ją o drętwienie palców i napady lęków, totalny brak kasy, długi, seria miłosnych porażek – to ta książka mogłaby być strasznie smutna i dołująca. Nic bardziej mylnego. Ona – jak pisze na okładce Elizabeth Strout – jest „zachwycająca!”.

Pomijając zdolność do wpadania w kłopoty i emocjonalne rozedrganie, Casey ma ujmującą wrażliwość. I godny podziwu upór. Codzienne pisze powieść wstając przed świtem, by zdążyć przed lunchem do modnej restauracji, gdzie kelneruje. Podróżujemy z nią i z jej książką, bo „pierwsze strony napisane w Pensylwanii i rozdział z Albuquerque”, w stanie Nowy Meksyk, potem nowe dopisuje w Nowym Jorku, w Hiszpanii, czy na Rhode Island w Nowej Anglii dokąd zawiodły ją porywy serca. I w końcu pisze ją w myślach, jeżdżąc na rowerze po Bostonie i oddzielonym od niego rzeką Charles Cambridge, mieszczącym uniwersytet Harvarda. A my razem z nią poznajemy mostki, jeziora, stacje metra i zaułki.

Lily King w lekkiej, wręcz zwiewnej formie dotyka spraw ważnych. Pisze o spełnieniu, tworzeniu, dojrzewaniu, życiowym pogubieniu, żałobie.

Im dalej, tym wyraźniej widać, że wszystkie problemy Casey rozbijają się o wspólny mianownik – o poczucie bezpieczeństwa. To opowieść o tym, co się z nami dzieje, gdy je tracimy.  

Bo poczucie bezpieczeństwa to kotwica, która trzyma nas przy ziemi. Chroni przed lękiem i nie pozwala zwariować. Nie da się trwać, a już tym bardziej zdrowo i dobrze żyć, gdy nie mamy gdzie mocno postawić stóp. Gdy wszystko wokół jest śmieciowe, na chwilę lub wisi na bardzo cienkim włosku. Pandemia nam o tym przypomniała, chwiejąc w posadach naszym „bezpiecznym” światem.

A przecież tak wielu ludzi, podobnie jak Casey, żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia. Jest zależna od kaprysu menagera, który może w każdej chwili wyrzucić ją z pracy, a dzwonek do drzwi przyprawia ją o szybsze bicie serca, bo może stoi za nimi windykator, który odkupił jej dług zaciągnięty na ukończenie studiów. I jak tu nie mieć zszarganych nerwów? W końcu, nie da się żyć bez swojego miejsca na ziemi. Nawet jeżeli miałby to być przerobiony na pokój, śmierdzący garaż. Ani bez przyjaciół lub życzliwych nam ludzi, którzy będą nam kibicować, wierzyć w nas i pójdą z nami do onkologa, gdy wymacamy dziwny guz pod pachą.

Tylko jednego u King nie lubię. Że gdy już widzi koniec opowieści, to leci ku niemu niczym koń wyścigowy na ostatniej prostej. Nagle wszystko przyspiesza. A może to nie ona, tylko ja? Gdy widzę koniec chciałabym, żeby akcja biegła wolniej, a opowieść trwała jak najdłużej?


Lily King

Kochankowie i pisarze

Prószynki i S-ka, 2021

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.