Camino de Santiago. Rozpustna pielgrzymka

Początek
przeczytasz w mniej niż 7 min.

Camino de Santiago daleko do tego, co powszechnie uważa się za pielgrzymkę. Ta wędrówka jest podróżą po smakach Hiszpanii

„Dlaczego robię Camino to chyba nie jest tajemnicą – mówi wesoło Joost, bohater filmu Droga życia, klepiąc się po brzuchu. – Starszy brat bierze ślub i chcę zmieścić się w mój stary garnitur.” Chwilę później na jego stoliku ląduje koszyk z chlebem. Biała, pachnąca bagietka, chrupiąca skórka i stojąca obok oliwa z oliwek. Kto by się oparł? No właśnie. Camino de Santiago nie jest dobrym wyborem dla tych, którzy chcą schudnąć.

Droga św. Jakuba, powszechnie znana jako pielgrzymka do Santiago de Compostela, to – w zależności od trasy – wędrówka przez kilka regionów Półwyspu Iberyjskiego. Wbrew pozorom religijnych wędrowców jest dziś na niej dziś niewielu. Znaczna część osób zmierza do Santiago de Compostela, by ułożyć sobie w głowie trapiące ich kwestie, bądź wybić się na moment z codziennej rutyny. Niektórzy idą, by się sprawdzić – dla sportu. Przy okazji jednak ta wędrówka układa się w podróż po smakach Hiszpanii.

Przekraczając granicę regionu Kastylia i León, z górami za plecami, zaczynają przeważać płaskie krajobrazy / fot. Joanna Broniewska

Najczęściej przemierzany szlak – camino francés, droga francuska – początek ma w Pirenejach. Prowadzi od przygranicznej francuskiej miejscowości Saint Jean Pied de Port przez Navarrę, La Rioję, Kastylię i Leon aż do zielonej Galicji. Prowadzi też przez pintxos, wyborne mięsa i sławne galicyjskie owoce morza. Wszystko podlane lokalnymi winami i nalewkami. Niektóre, przy odrobinie szczęścia dostać można spod lady, inne wypatrzymy na półkach lokalnych sklepików. To etykiety, które rzadko podróżują do innych zakątków Hiszpanii, o pozostałych częściach świata nawet nie wspominając.

Camino de Santiago. Meandrując po Navarze

Navarra to ciężki start. Zarówno dla nóg, jak i żołądka. Potrawka jagnięca (cordero al chilindrón) to klasyk tej części Camino i, jak wieść głosi, jedna z ulubionych potraw Hemingwaya. Kto czytał „Słońce też wschodzi”, ten wie, że zakochany w gonitwach z bykami autor regularnie bywał w Pamplonie, gdzie potrawki (zapewne dla lepszego trawienia) zapijał winem i koniakiem w znajdującej się na głównym placu miasta Café Iruña. Przy jej barze Hemingway stoi zresztą do dziś.

Sama jagnięcina nie dociera z daleka – na szlaku w górskiej części Navarry pielgrzymi meandrują pomiędzy stadami wypasających się owiec. Meandrują, by w końcu dotrzeć do któregoś z pirenejskich miasteczek i w lokalnym barze zamówić szklankę piwa z pintxos, miejscowym tapas. Różnica tkwi w formie. Pintxos serwowane są na kawałku bagietki (toż to od niej ciężko uciec w Hiszpanii), a całość „spięta” jest wykałaczką. Od sardynek, przez jamón, aż do tortilli, a nawet krokiecików – na małej kromce znaleźć można wszystko, co przynależy do hiszpańskiej kuchni.

Powszechnie uważane za aperitif, pielgrzymom pintxos służą często za lekki obiad w drodze do kolejnego schroniska. Wieczorami wybiera się jednak coś cięższego – menu peregrino, które towarzyszy piechurom przez wszelkie szlaki i lokalizacje. To przeważnie coś związanego z regionem – przystawka, danie główne, deser i… butelka wina. Lokalnego, rzecz jasna.

Czerwona La Rioja

To tylko kilka dni. Kilka dni przez winnice i gleby w odcieniach czerwieni, które przy odrobinie deszczu zamieniają się w ciężkie, oblepiające buty błoto. Czerwone jest tutaj także wino, to najsłynniejsze z Hiszpanii, eksportowane na cały świat – rioja. Wędrując po prowincji, warto jednak otworzyć te butelki, które nie są wysyłane za granicę.

La Rioja to dopiero pierwsza część pielgrzymki Camino de Santiago
Czerwone, gliniaste gleby regionu La Rioja po deszczu zamieniają się w zwały błota oblepiające buty pielgrzymów / fot. Joanna Broniewska

Kluczem będą sklepiki i miejscowe bary. Te, które zamykają się na czas sjesty i te, które niekoniecznie określilibyśmy mianem reprezentatywnych. To w nich kupimy miejscowe wina, sery, czy mięsa, idealne, by później dzielić się nimi w schroniskowej jadalni. Bo popołudnia i wieczory to prysznic, odpoczynek i życie towarzyskie – rozmowy, muzyka i wspólne posiłki. Czasami trafi się ktoś z ukulele, ktoś inny z harmonijką. Historii i opowieści też nie brakuje, zawiązują się przyjaźnie. Co noc w schronisku spotyka się te same twarze, każdy przechodzi codziennie podobne dystanse. Można iść wspólnie, można samemu. Na horyzoncie zawsze jednak będzie widać znajomy plecak z kołyszącą się w rytm kroków muszlą świętego Jakuba, symbolem Camino de Santiago.

Po kastylijskim płaskowyżu

Wśród obeznanych w północno hiszpańskich kulinariach pielgrzymów, już kilka dni przed przekroczeniem granicy Kastylii i Leon usłyszeć można westchnienia o kaszance z Burgos (morcilla de Burgos). By jej spróbować, trzeba dotrzeć do centrum miasta, zrzucić plecak w pierwszym napotkanym barze i złożyć zamówienie, nie zapominając o butelce zimnego piwa. Schronisko poczeka. Reszta poczeka. Cały świat poczeka w obliczu kaszanki z Burgos.

Choć z tym schroniskiem to jednak nie zawsze. W sezonie letnim droga św. Jakuba jest oblegana, a co za tym idzie łóżek w schroniskach nie zawsze wystarcza. Zdarza się, że pielgrzymi zmuszeni są wędrować nawet kilkanaście kilometrów dalej, by znaleźć miejsce do spania. W innym regionie może nie sprawiałoby to większego problemu, jednak w Kastylii i Leon poruszamy się po maseta central – równym, krajobrazowo monotonnym i nieco odludnym płaskowyżu. Dwadzieścia kilometrów przez wysuszone łąki? A może piętnaście przez ścieżki dzielące pola uprawne? Żadnych miasteczek na horyzoncie? Tak, oto właśnie maseta.

Dłużące się dni wędrówki pomiędzy Burgos i Leon urozmaicają przystanki na lokalne zupy. Sopa de ajo, zupa czosnkowa, oraz sopa de trucha, zupa z pstrąga, to klasyki wywodzące się z kastylijskiej wsi. Proste, kilkuskładniowe dania na bazie suchego chleba i czosnku, dobrze doprawione, rozgrzeją piechura w chłodniejsze dni. Bo tych, wbrew pozorom, poza latem bywa sporo.

Galicyjskie specjały

Galicja to deszcz i wiatr. To też soczysta zieleń natury, o którą tak trudno w innych częściach Hiszpanii. Wreszcie Galicja to kulinarne zwieńczenie pielgrzymki – najwspanialsze owoce morza i pimientos de Padrón, podsmażane na oliwie zielone papryczki posypane gruboziarnistą solą. Prostota formy i smaku.

Co do tego? O ile w Hiszpanii białe wino nie cieszy się dużą popularnością, tak w Galicji, spotkać je można częściej. Do wszechobecnych tu ryb i owoców morza białe trunki pasują najlepiej. Subtelne i orzeźwiające albariño, przez wielu porównywane do portugalskiego vinho verde, jest częstym wyborem zmęczonych wędrownych.

Nie brakuje też lokalnych destylatów i nalewek. Orujo, po galicyjsku oruxu, to winiak z wytłoków winogronowych (podobny nieco do włoskiej grappy), którego dwie wersje: orujo de hierbas i crema de orujo cieszą się największym wzięciem. Nalewka ziołowa i kremowy likier, których smak i konsystencja zrekompensują ból i zmęczenie nawet najbardziej obolałego pielgrzyma. Najlepiej smakują spod lady, sporadycznie polewane rozmownym szczęściarzom, którzy dla pokrzepienia sił zatrzymują się w barach i zagadują właścicieli.

Buen Camino!

Na filmach, katedra w Santiago wyłania się na horyzoncie dobre kilkanaście kilometrów przed samym miastem. W rzeczywistości samo wejście do Santiago jest mniej spektakularne – często przypada na dzień pochmurny i deszczowy, bez widoku na wieże świątyni. Droga prowadzi przez nieciekawe przedmieścia. Jedynie mieszkańcy, wciąż niezmęczeni codziennym widokiem pielgrzymów, witają ich tym samym buen camino, peregrino, które piechurzy słyszą na ponad ośmiuset kilometrach szlaku. „Dobrej drogi, pielgrzymie,” jesteś już prawie u celu.

Mistycyzm katedry w Santiago opiera się nie tylko na jej historii i legendach, ale przede wszystkim na doświadczeniu każdego pielgrzyma. Na wędrówce.

Niektórzy płaczą. Inni do środka docierają na kolanach. Prawie wszyscy – wierzący czy nie – zostają na mszy. Potem pozostaje tylko otrzymać compostelę, łaciński dokument potwierdzający odbycie pielgrzymki. Wydawany jest na podstawie paszportu wędrowca z pieczątkami ze schronisk i kościołów na każdej oficjalnej trasie drogi św. Jakuba.

Na krańcu Europy

Można jednak iść jeszcze dalej. Na Camino de Finisterra, drogę z Santiago do brzegu Atlantyku, często wyrusza się spontanicznie, podejmując nagle decyzję wraz z poznanymi w drodze kompanami. Pozwala na jeszcze kilkudniowe przedłużenie przygody i odsunięcie chwili powrotu do świata, w którym dzień nie opiera się już na prostej czynności marszu.

To tam, w Finisterze, na końcu świata, znajdziemy słupek z zerowym kilometrem drogi świętego Jakuba. Nie ma więcej żółtych strzałek, ani muszli wskazujących drogę. Jest za to pocztówkowa latarnia morska i horyzont Atlantyku. Miejsce na ostatni zachód słońca w akompaniamencie ostatniej butelki wina wypitej z nowymi przyjaciółmi. 

Znajdują się tacy, którzy do Santiago wracają pieszo. Większość wsiada jednak w autobus i w godzinę pokonuje dystans trzydniowej wędrówki. Aż w końcu każdy rozjeżdża się w swoją stronę świata.

Joanna Broniewska

Antropolożka kulturowa i lingwistka. Uwielbia długodystansowe trasy piesze, choć ostatnio przekonuje się także do dłuższych tras rowerowych. Chętnie podróżuje do miejsc, w których słowo "enoturystyka" nikomu nie jest obce. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Współautorka przewodnika po Chile, publikowała m.in. w Polityce, Gazecie.pl i Tygodniku Przegląd. Jedną nogą mieszka w Chile, drugą – w Polsce.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.