Tyrania wielkich korporacji, proza o muzyce i grzybach oraz wędrówka wokół Bałtyku
Sylwia Czubkowska
Bóg techy
Znak Literanova, 2025
Tytuł książki Sylwii Czubkowskiej – dziennikarki specjalizującej się w nowych technologiach – jest przewrotny, ale dobrze oddaje dzisiejszą rzeczywistość. Big techy, czyli wielkie spółki technologiczne, z których usługami mamy do czynienia każdego dnia, stały się dziś bogami. Trzymają w garści świat, kształtując go na wielu poziomach i czerpiąc niewyobrażalne zyski. Ich wyjątkowo mocna pozycja wzięła się częściowo z przypadku, ale głównie z dobrze przemyślanej polityki działania. Oraz z tego, że my, użytkownicy, na to pozwoliliśmy. Uzależnieni od platform społecznościowych, sklepów internetowych i usług wynajmu staliśmy się najważniejszym zasobem dla firm, nie tylko nie dostając za to wynagrodzenia, ale też zgadzając się na oddanie spółkom samych siebie.
Dla osób śledzących aktualne debaty społeczne, sytuacja nakreślona przez Czubkowską nie będzie niczym nowym. Od lat zdajemy sobie sprawę, że firmy takie jak Amazon, Facebook czy Airbnb kierują się przede wszystkim prymatem zysku, nie przejmując się kwestiami etycznymi. Im jesteśmy bardziej od nich zależni, tym większe profity do nich spływają. Czubkowska wykonała jednak rzetelną dziennikarską pracę, zbierając tony materiałów, spotykając się z dziesiątkami osób i przemierzając setki kilometrów, by poznać tajniki tego świata.
Udało się jej także ująć temat w polskim kontekście. To ważne, gdyż wiele osób sądzi, że potentaci technologiczni to przede wszystkim firmy amerykańskie i jako takie mają ograniczony wpływ na nasze krajowe podwórko. Nic bardziej mylnego. Śledztwo Czubkowskiej pokazuje, że wysłannicy big techów wpływają na politykę i prawodawstwo poszczególnych krajów, w tym także Polski. Nie będzie więc przesady w twierdzeniu, że megakorporacje są w rzeczywistości nowymi kolonizatorami. Różnica polega na tym, że niegdyś kolonie bazowały na wyzysku ludności i zasobów naturalnych, a dziś są to kolonie cyfrowe. I to my wszyscy jesteśmy darmowymi pracownikami.
W sidłach korporacji
Książka pokazuje, jak bardzo skomplikowana jest ta rzeczywistość i jak dalece jesteśmy jej częścią – czy nam się to podoba, czy nie. Po lekturze „Bóg techów” większość czytelników – działając w odruchu obronnym – zacznie zastanawiać się, jak z tego układu się „wypisać”. Okazuje się to wyjątkowo trudne. Autorka, podając własny przykład, podsuwa kilka wskazówek. Zaznacza przy tym, że nowe technologie i duże firmy nie są złe same w sobie i nie jest zwolenniczką ich likwidacji (co zresztą byłoby niewykonalne). Problem polega na skali ich działalności, stosowanych metodach oraz niemal całkowitym braku kontroli. A nie zapominajmy, że mówimy o spółkach dysponujących finansami większymi niż budżety wielu państw na świecie.
Big techy, dysponując ogromnymi środkami i realnym wpływem na polityków są w stanie wygasić w zarodku wszelkie inicjatywy, które mogłyby zmusić je do podziału rynku, na którym dominują. Nie sposób też nie wspomnieć o kosztach ekologicznych działalności prowadzonej na tak ogromną skalę (funkcjonowanie modeli sztucznej inteligencji jest tu najlepszym przykładem). Przy kryzysie klimatycznym i środowiskowym może okazać się on gwoździem do trumny dla całej ludzkości.
Po lekturze tej książki nie sposób już zasłaniać się nieświadomością na temat reguł rządzących dzisiejszym światem. A kliknięcie przycisku „zaloguj” na jakiejkolwiek platformie społecznościowej czy serwisie pośredniczącym w wynajmie apartamentów przestanie być niewinną czynnością.
An Yu
Muzyka dla duchów
Czarne, 2025
Druga w dorobku powieść chińskiej autorki wydaje się być typową historią obyczajową. Song Yan to młoda kobieta żyjąca w Pekinie z mężem i jego teściową, która sprowadziła się do miasta z prowincji Junnan. Niegdyś bohaterka uczyła się gry na pianinie. W pewnym momencie porzuciła jednak rozwijającą się karierę muzyczną (wbrew stereotypom, jej mąż nie miał nic wspólnego z tą decyzją). Teraz spędza dni ucząc dzieci z sąsiedztwa gry na fortepianie. Jej mąż Bowen, pracujący dla międzynarodowej korporacji, większość czasu spędza poza domem. Ale nawet gdy jest obecny, nie potrafi (lub nie chce) przełamać dystansu, z jakim podchodzi do rodziny i do codziennego życia. Jego matka, zapatrzona w syna i traktująca oschle synową, ten dystans dodatkowo potęguje. Z czasem na jaw zaczynają wychodzić sekrety z dawnego życia mężczyzny. Song Yan orientuje się, że jej mąż jest dla niej osobą niemal obcą.
Oniryczna alienacja
W tej historii ważną rolę odgrywa nie tylko muzyka, ale też tajemnicze grzyby. Wnoszą do powieści oniryczny wymiar i pewien rodzaj zakrzywienia rzeczywistości. Ten zabieg sprawia, że wątki powieści obyczajowej przybierają nietypową formę wywołując u czytelnika niepokojące poczucie, że dzieje się coś dziwnego. Szybko zostajemy zmuszeni do zadania sobie pytania, co w tej historii jest rzeczywistością, a co snem lub wyobrażeniem. Łączenie różnych światów nie jest jednak tylko literackim ozdobnikiem. Tajemniczy nastrój potęguje głębokie poczucie alienacji, z którym zmagają się niemal wszyscy bohaterowie „Muzyki dla duchów”. Zagubieni, tracący poczucie pewności dotyczącej tego, czym jest ich życie, zawieszeni w pustce nie potrafią podjąć żadnej decyzji – ani w pełni zaakceptować, ani odrzucić przekonań, przyzwyczajeń, sądów. W jakimś sensie bohaterowie stają się duchami.
Yu wyczarowuje ten świat w niezwykle sprawny i sugestywny sposób, posługując się bardzo stonowanymi, delikatnymi środkami. „Muzyka dla duchów” przypomina nieco wczesne książki Murakamiego. Nigdy nie wznosi się na wysoki poziom emocjonalności, będąc opowieścią wygaszoną i oszczędną, a przez to, paradoksalnie, działającą na czytelnika bardzo mocno. Wszystkie elementy tej historii doskonale ze sobą współgrają, pozostawiając po lekturze poczucie obcowania z czymś poruszającym i głębokim, choć nie zawsze łatwym do uchwycenia.
Tor Eystein Øverås
Bałtyk. Podróż literacka
Wielka Litera, 2025
Dziewięć krajów, dziesiątki miast i trasa, której przebieg wyznacza literatura. Norweski pisarz odbył wielomiesięczną podróż wokół Bałtyku (wyruszając z Bodo) i stworzył napisaną wyważonym stylem książkę, którą trudno zaklasyfikować do konkretnego gatunku. Czy to dziennik podróży, esej, szkic, proza, a może autobiografia?
Nieokreśloność, obok dopracowanego języka i zamiłowania pisarza do szczegółów , jest zresztą jedną z głównych zalet „Bałtyku”. Autor umyka z wydeptanych ścieżek i idzie pod prąd naszym oczekiwaniom. Nawet główny bohater – Morze Bałtyckie – chwilami znika na długie strony, majacząc zaledwie gdzieś w tle. Nie jest to więc pełna zwrotów akcji pozycja o podróży wokół akwenu, lecz zapis wędrówki przez krajobrazy, kulturę, literaturę, a w końcu też własne wnętrze.
W tym ujęciu łatwo nawet przegapić fakt, że ta samotna podróż Øveråsa miała miejsce w 2002 roku. A więc niemal ćwierć wieku temu! Tego przesunięcia w czasie niemal w ogóle się nie odczuwa. Dopiero po kilkudziesięciu stronach orientujemy się, że żadna z pojawiających się w książce postaci nie ma komórki i nie zajmuje się przewijaniem internetowych serwisów. „Bałtyk”, ze względu na swoją strukturę, nie podlega w zasadzie dezaktualizacji.
“Nie” dla sztuki narodowej
Dla Øveråsa punktem wyjścia są losy nadbałtyckich artystów (nie wszyscy w Polsce są szerzej znani) i ich twórczość, na której, zdaniem pisarza, piętno odcisnął krajobraz, język i otoczenie. To one mają stanowić wspólne źródło. Bałtyk odgrywa tu rolę symbolicznego łącznika dla całej kultury północnoeuropejskiej. W ten sposób Kopenhaga Kierkegaarda, Królewiec Kanta, Gdańsk Grassa czy Nida Thomasa Manna (obecnie w Litwie, ale za Manna należąca do Prus) są w jakimś sensie światem wspólnym, który nie jest zamknięty granicami państwowymi. Przy takim założeniu literatura, film czy muzyka przestają być dziełami narodowymi. Stają się większą całością opartą na pamięci zbiorowej, doświadczeniach i przestrzeni. I to właśnie ten fizyczny krajobraz jest kluczowy. Sprawia, że ludy żyjące nad Bałtykiem tworzą podobną wspólnotę jak narody basenu Morza Śródziemnego.
Øverås szuka odpowiedzi na pytanie, czy jego teza jest prawdziwa. W ujmujący sposób jest przy tym niepewny. Wciąż się zastanawia, podaje w wątpliwość, zaprzecza sam sobie. Paradoksem jest to, że po latach patrzenia w głąb siebie i myślenia, postanowił więcej uwagi kierować na zewnątrz. Być z ludźmi, stać się częścią społeczności.
„Odkryłem w którymś momencie, że wiele straciłem z tego, co działo się wokół mnie, ponieważ byłem tak zajęty własnymi myślami. Teraz od miesięcy próbuję spoglądać na zewnątrz, a nie do wewnątrz. Naprawdę się staram. Długo myślałem, że życie wewnętrzne jest najważniejsze. Nie mam pewności, czy rzeczywiście. Może to tylko pociecha, ponieważ tak trudno żyć w zewnętrznym świecie, być w nim obecnym, w tym co faktycznie istnieje” – pisze.
A mimo to wciąż myśli. Zmaga się z samym sobą, by nie uciec do własnego wnętrza. Balansuje na granicy dwóch światów. Trzyma się kurczowo szczegółów rzeczywistości, odnotowując ruch powietrza, warstwy krajobrazu, zachowania ludzi, pogodę, ale równocześnie snuje dywagacje, przygląda się emocjom, radościom, wątpliwościom. W efekcie dostajemy książkę, która wymaga od czytelnika skupienia, ale która tworzy wielowarstwowy, bogaty obraz zarówno krainy geograficznej, jak procesu kształtowania wewnętrznej tożsamości – wędrówka przez krajobrazy staje się też wędrówką w głąb siebie samego.

