Jak rozmawiać w języku, którego nie ma. Listy ze Słowenii #21

7 min. czytania
rozmawiający ludzie na brzegu wody

Gdy przyjechałem do Słowenii, nikt nie chciał ze mną rozmawiać po słoweńsku. Wszyscy twierdzili, że ten język w zasadzie nie istnieje

Pierwszym słoweńskim filmem, który oglądałem jeszcze przed przyjazdem do Słowenii był komediodramat (komediodramat to chyba słoweński wynalazek) z wiele mówiącym tytułem “Od groba do groba” (pl. Od grobu do grobu). Patrząc wówczas na film, zwracałem uwagę przede wszystkim na śródziemnomorskie klimaty Krasu i smutną historię. Jednak całkiem przypadkiem niedawno wróciłem do tego obrazu. Tym razem moją uwagę przykuł pewien szczegół.

Przecież nikt tak na Krasie nie mówi – zauważyłem, bo dysonans między krasową scenerią, a wypowiadanymi słowami był zbyt jaskrawy. Wszyscy bohaterowie posługiwali się słoweńskim esperanto, językiem istniejącym jedynie w filmach i wydaniach dzienników telewizyjnych.

W języku słoweńskim, według różnych ujęć, występuje od trzydziestu do pięćdziesięciu dialektów. Większość Słoweńców, spotykając rodaka za granicą, po krótkiej wymianie zdań jest w stanie zorientować się, z której części kraju on pochodzi.

Oczywiście, w ramach dialektów regionalnych również występują różnice. I tak na przykład dialekt zasavski, obejmujący zasięgiem niewielki region Zasavje, należy do grupy dialektów styryjskich. Dzieli się na trzy główne gałęzie, które odpowiadają geograficznie trzem dolinom tworzącym region. Każdy mieszkaniec Zasavja rozpozna rozmówcę z innej doliny. W miasteczku Hrastnik (niecałe 5 000 mieszkańców), w którym pracowałem, dialekt dzielił się jeszcze na kilka gwar, rozdzielających osiedle górne od dolnego i okoliczne wsie.

W ujęciu lokalnym język słoweński nie istnieje. Pracując w centrum młodzieżowym, spotykałem dzieci, które lekcje słoweńskiego w szkole traktowały na równi z angielskim czy niemieckim.

Trzeba przyznać, że ciężko jest nauczyć się języka, którego prawie nikt nie używa. Przez wszystkie lata, które spędziłem w Słowenii, spotkałem dwie osoby mówiące w oficjalnym języku. Pozostali to zagraniczni absolwenci słowenistyki lub, jak już wspomniałem, ludzie występujący w ogólnokrajowych mediach. W czasie pierwszego roku pobytu w kraju poprosiłem jednego z przyjaciół, żeby mówił do mnie po słoweńsku. Chłopak, informatyk z wykształcenia, wytrzymał kilka godzin, po czym krzyknął po angielsku:

Już nie mogę więcej! Ja nie mówię po słoweńsku, mówię po zasavsku! Lepiej rozmawiajmy po angielsku, tak będzie dla mnie łatwiej!

Mimo to byłem uparty. Męczyłem znajomych, by komunikowali się ze mną w oficjalnym słoweńskim. Po mniej więcej roku udało mi się opanować język, będący śmieszną mieszanką wersji urzędowej i kilku gwar zasavskich. Po dwóch latach przeprowadziłem się do Styrii. I dopiero wtedy z przerażeniem odkryłem, jak wielu zwrotów z gwar górzystego Zasavja się nauczyłem.

Najśmieszniejszy w tym wszystkim jest fakt, że tożsamość słoweńska opiera się głównie na języku. W Jugosławii słoweński był jednym z trzech (obok macedońskiego oraz serbochorwackiego) oficjalnych języków kraju.

Tito mawiał: Jestem przywódcą państwa, które ma dwa alfabety, trzy języki, cztery religie, pięć narodów, sześć republik i siedmiu sąsiadów (łatwo zauważyć, że w tym ujęciu nie było miejsca na język albański).

Wbrew temu, co można wyczytać na polskich forach dyskusyjnych, słoweński jest tylko nieznacznie podobny do języków południowosłowiańskich. Główną przyczyną jest to, że jako język literacki rozwinął się dopiero w XIX wieku. Ziemie słoweńskie wchodziły wtedy w skład Imperium Habsburgów – podobnie jak terytoria czeskie i słowackie, z których właśnie napłynęło wiele zapożyczeń do języka słoweńskiego. Nic dziwnego, że Słoweńcy za najbardziej podobny swojemu, uważają język słowacki.

I chociaż z polskiej perspektywy dialektowe rozbicie kraju może wydawać się dziwne, dla mnie, oprócz niezaprzeczalnego uroku, ma jedną praktyczną zaletę. Zawsze mogę wytłumaczyć rozmówcy, że mój niecodzienny akcent pochodzi ze znikającej gwary z drugiego końca kraju. Większość w to rzeczywiście wierzy!

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu Czas Wina. Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.