tory kolejowe z wagonami stojącymi na szynach

Jeszcze pokochamy nocne pociągi. Nie tylko z rozsądku

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o podróżach pociągami

Początek
przeczytasz w mniej niż 9 min.

Pociągi dalekobieżne, jak nic innego, mają moc wrzucenia cię w samo serce podróży

Budzisz się i przez chwilę nie wiesz, gdzie jesteś. Skąd ten miarowy szum? Czemu łóżko drży i podskakuje? Komunikat z głośników jest po węgiersku. To dlatego nie idzie zrozumieć ani słowa. Gdy zasypiałeś, były jeszcze po czesku. Z nimi szło łatwiej. Słowację przespałeś. A teraz zapewne mówią, że za chwilę będzie Budapeszt, dworzec Keleti, stacja końcowa. Jeśli brakuje ci porannego prysznica, możesz wsiąść w metro i po kilku przystankach być w łaźniach Gellerta, zaraz otwierają. Albo wybrać inne baseny termalne, których w stolicy Węgier nie brakuje. A jeżeli przystanek zrobisz tylko na śniadanie, jutro o tej porze możesz zamoczyć stopy w Adriatyku. Jest bliżej, niż się wydawało.

Budapeszt – idealny cel lub przystanek w trakcie podróży kolejowych / fot. Louise Spurgeon

Pociągiem od morza do morza

Podobne dylematy na pewno nie raz będzie roztrząsać osoba, która wybierze się w najdłuższą podróż kolejową w historii. Możliwa jest do wykonania od kilku tygodni (przy optymistycznym założeniu, że zaraz skończy się pandemia). Jak ustalił pod koniec ubiegłego roku popularny bloger kolejowy, damy radę dojechać pociągiem z Portugalii do Singapuru. Stało się to osiągalne po tym, gdy zbudowano nowy odcinek przy granicy Tajlandii z Laosem. Dzięki łącznikowi południowy koniuszek Azji – przez Chiny a potem Koleją Transsyberyjską – zyskał teoretycznie połączenie z Europą. Wycieczka miałaby trwać trzy tygodnie, o ile skupimy się na samej jeździe. Trudno jednak wyobrazić sobie, że Moskwę, Pekin czy Bangkok potraktujemy tylko jak dworzec przesiadkowy. Wciąż jednak główną atrakcją takiej podróży byłoby po prostu jechanie przed siebie.

Wydaje mi się, że obecnie to niezbyt popularne podejście. W XXI w. o atrakcyjności wyjazdu decyduje, jak szybko zameldujemy się u celu i jak dużo czasu z urlopu będzie można spędzić na miejscu. Drogi się do niego nie wlicza. Najlepiej, by minęła szybko, bez przygód i niewygód. Jest niczym reklamy przed seansem w kinie, które chciałoby się przeczekać z nosem w telefonie.

Fakultet z przemieszczania się

Odkąd pamiętam, nos miałem znacznie częściej przyklejony do szyby. A na niewygody, zwłaszcza te pociągowe, uodporniłem się na studiach. Trafiłem wtedy do klubu górskiego, tyle że uczelnia była w Warszawie, Beskidy daleko na południu, a pierwsze ferie dopiero w zimie. Jeździliśmy zatem w weekendy. Starsi koledzy mieli na to już sprawdzony patent z biletem weekendowym (tym, który PKP IC właśnie skasowało). Obowiązywał od piątku wieczorem do poniedziałku o 6 rano. W sam raz, by zdążyć na pierwszy wykład. Nocna jazda to był jedyny sposób, by za dnia nacieszyć się górami.

Nie pamiętam, czy w tamtych pociągach była w ogóle opcja z kuszetką lub wagonem sypialnym. Jeśli tak, to zapewne nie na studencką kieszeń. Warunki do spania stwarzaliśmy sobie w przedziałach własnym sumptem. Plecaki układaliśmy w przejściu między siedzeniami, tworząc jedną dużą powierzchnię, na której sześć osób mogło wygodnie leżeć. A po piwie i dniu chodzenia szybko i smacznie zasnąć. To oznaczało, że pozostała dwójka musiała wspiąć się na bagażowe półki i spać na nich. Wystarczy karimata i śpiwór, by zrobiło się na nich wystarczająco miękko. Wiem, co mówię – na pierwszym rajdzie jeszcze obawiałem się tam leżeć, ale na kolejnych byłem zwykle tym, który wędrował na górę. Dla bezpieczeństwa przywiązywałem się szalikiem albo rękawami bluzy. Po takiej zaprawie zniosę wszystko.

Inne cywilizacje kolejowe

Ale spokojnie – trochę się od tamtej pory zmieniło i już tyle kombinować nie trzeba. Dwa lata temu powtórzyłem ten model wypadu na weekend, tylko że nad morze, a właściwie do Koszalina i już prawdziwą kuszetką. Spało się całkiem komfortowo. Zresztą ten cichy jęk zawodu, który towarzyszy ostatnim dyskusjom, że ze względu na klimat trzeba częściej jeździć po Europie pociągami a rzadziej latać wynika poniekąd z faktu, że z pociągami najwięcej doświadczeń mamy z kolejami polskimi. A te nie raz zawiodły wszelkie oczekiwania, jakie tylko można mieć wobec transportu.

Fot. David Herron

W ubiegłym roku dotarłem pociągiem w Góry Stołowe. Z dwugodzinnym opóźnieniem. W pewnym momencie narodowy przewoźnik uznał, że nie ma sensu już jechać do samej Kudowy-Zdrój. Wysadził nas wszystkich w Kłodzku, skąd po raptem półgodzince czekania w upale zgarnęły nas Koleje Dolnośląskie i dowiozły do celu. Wystarczyło jednak przekroczyć czeską granicę i tam zaczynała się inna cywilizacja. Z Nachodu równo co godzinę odjeżdżał pociąg do Skalnego Miasta w Adršpachu. Kosztował jakieś grosze (czy raczej halerze). Po drodze była przesiadka. Na stacyjkę Teplice nad Metují, która miała ze cztery perony, wjechały naraz ciuchcie z trzech różnych kierunków. Postały sobie parę minut, ludzie się poprzesiadali, my razem z nimi i już jechaliśmy do celu. Z powrotem to samo. I nie mieliśmy przy tym jakiegoś wybitnego szczęścia – przez cały dzień pociągi też były tak zgrane.

Kurs przesiadania się

Dowód anegdotyczny z czeskiego pogranicza przedkładam, aby pokazać, że zwiedzanie świata pociągami nie musi być naznaczone traumami. Jest całkiem sporo krajów, gdzie działają one tak, jak powinny. Mamy zresztą szanse, że czeski kolejowy know-how będzie coraz intensywniej eksportowany po Europie. Tamtejsza spółka RegioJet uruchamia coraz więcej interesujących połączeń dalekobieżnych. Po tym, jak z sukcesem otworzyli trasę z Pragi aż do chorwackiego Splitu, w wakacje chcą ją zmodyfikować, tak by bezpośrednie pociągi z Krakowa docierały przez noc nad Adriatyk. Chyba się skuszę. Nie miałbym zresztą nic przeciwko, by Czechy stały się za kilka lat takim hubem do zwiedzania Europy, skąd po spacerze na Hradczanach będziemy teleportować się we śnie do Paryża, w Alpy, na Bałkany czy nad ciepłe morze.

Już teraz do Splitu można dojechać bezpośrednio pociągiem z Pragi, niebawem połączenie takie będzie startować w Krakowie / fot. Spencer Davis

Póki co, aby śmigać w ten sposób po Europie, trzeba być dobrze obeznanym ze schematami sieci głównych przewoźników, ich rozkładami i specjalnymi ofertami. Kombinowania będzie jednak mniej, jeśli kupimy bilet InterRail. To taki karnet umożliwiający podróż lokalnymi i międzynarodowymi pociągami. Może obowiązywać przez tydzień, miesiąc czy nawet kwartał. Wymyślono go w 1972 r., aby zachęcić do integracji europejską młodzież, ale z czasem został też rozszerzony na starszaków i objął 33 kraje. Wciąż jest jednak najatrakcyjniejszy dla studentów mających do dyspozycji trzy miesiące wakacji, bo działa głównie na regionalne i niezbyt pospieszne pociągi. Na koleje dużych prędkości trzeba zazwyczaj zarezerwować miejscówki.

Dymek w wagonie

Pamiętam, jak kilka lat temu koło południa wylądowaliśmy z koleżanką ze świeżutkimi karnetami InterRail na dworcu głównym w Wiedniu. Przyjrzeliśmy się tablicy z rozkładem odjazdów i wychodziło nam, że w każdym z wyświetlonych na niej miast damy radę być dziś na kolację. Mogliśmy nawet pójść na losowy peron i wsiąść do pociągu byle jakiego. Wybraliśmy ten, który jechał przez alpejskie przełęcze, a potem w Villach taki, co długim tunelem przeniósł nas do Słowenii. Nocowaliśmy w Lublanie i tego kierunku – na południowy wschód – już się przez kilka dni trzymaliśmy.

Niesamowite było widzieć, jak powoli z każdym dniem postępuje “bałkanizacja” rzeczywistości. Nawet stroje konduktorów ewoluowały. W Austrii obsługiwały nas panie w czerwonych garsonkach, potem byli już tylko mężczyźni – słoweńscy w niedopasowanych mundurach przypominali wiejskich listonoszy, ale ich kolegom z Chorwacji i Bośni aparycją bliżej było do oficerów marynarki wojennej. Za oknami świat też stopniowo się zmieniał. Ubywało porannych biegaczy w jaskrawych bluzach, przybywało panów w starych kapotach przesiadujących w kawiarnianych ogródkach, patrzących z melancholią przed siebie. Znikały wegetariańskie potrawy, możliwości płacenia w sklepach kartą i znajomość angielskiego – trzeba było przypomnieć sobie słowiańską wspólnomowę. I na nowo przywyknąć do dymu papierosowego.

Z odcinka z Zagrzebia do Sarajewa zapamiętałem moment, gdy dojechaliśmy do granicy chorwacko-bośniackiej, a nasz towarzysz widząc, że to już graniczny most na rzece Unii, wyciągnął paczkę i tryumfalnie zaciągnął się pierwszym legalnym dziś papierosem w pociągu – przed chwilą w Chorwacji obowiązywał jeszcze zakaz palenia. Podobnie uczynił chyba cały pociąg, bo w ciągu kilku minut dym wypełnił wagon, gryząc dotkliwie w odwykłe od takich wrażeń oczy. Usiłowałem otworzyć okno, ale to jak na złość samo się zamykało. W końcu zablokowałem je butem i poczułem się znów, jak na studenckich wypadach w Beskidy, gdzie trzeba było sobie jakoś radzić.  

Szkoła patrzenia

W drodze powrotnej czekał nas inny rodzaj kolejowych wrażeń: 254 tunele i 435 mostów w jeden dzień. Pendolino chyba nie dałoby sobie z nimi rady. A wyprodukowany w Jugosławii, niedomyty, głośny i duszny skład kolei serbskich i czarnogórskich robi tę trasę codziennie. Tylko dyktatorskie kraje są zdolne do tak szalonych projektów, jak kolej z Belgradu do Baru. Komunistyczna Jugosławia uznała, że stolica będzie miała połączenie z krajowym morzem, choćby wymagało to wykucia drogi w skałach i kładzenia torów na grzbietach gór.

Efektem ubocznym tamtych ambicji są zachwycające widoki. Pociąg nierzadko pokonuje przeszkody terenowe górą, a pasażerowie dostają w cenie biletu panoramy jak z najlepszych punktów widokowych. Tyle że platformy są nieruchome – można napatrzeć się do woli i wypstrykać równowartość trzech rolek filmu. A pociąg jedzie. Nagle widzisz przefantastyczną dolinę górską, ale kątem oka dostrzegasz, że zaraz będzie kolejny tunel. Podziwiania masz na jakieś 30 sekund. Potem może będzie za chwilę to samo, może coś jeszcze lepszego, a może tylko krzaki i skały. Może tego widoku, tej doliny nie zobaczysz już nigdy. To właśnie w tamtym pociągu nauczyłem się uważnie patrzeć.

Warsztaty z drogi

Wędrowną szkołę spowolnienia i zapatrzenia można odbyć w różnych środkach transportu. To nie jest tak, że pociąg jest do tego jedyny i najlepszy. Zresztą w wiele cudnych miejsc kolej w ogóle nie dociera. Podróżując bez auta, trzeba nieco kombinować, przesiadać się do busów, taksówek, łapać stopa, czy po prostu chodzić. Nowe połączenia od dawna już raczej nie powstają, a starych ubywa. Jeśli Europę faktycznie czeka renesans podróży kolejowych, to zapewne głównie pomiędzy stolicami i głównymi miastami.

Ale wybieranie kilku(nastu) godzin podróży w stukającym wagonie zamiast błyskawicznego dotarcia z punktu A do B potrafi wyrobić nastawienie pomocne na każdym wyjeździe. Oswajasz się właśnie z tym zawieszeniem między startem a metą. Mościsz się w nim. Przestaje być ono dla ciebie dyskomfortem do tego stopnia, że zasypiasz spokojnie w jednym kraju i dajesz się obudzić konduktorowi w innym. O to chodzi w podróży, by czasem pozwolić jej się po prostu wydarzać.

Zapisz się na nasz newsletter! Raz na miesiąc dodatkowe porady, inspiracje, podsumowania.

Grzegorz Dzięgielewski

Przez kilka lat dziennikarz w magazynie "Podróże", a obecnie absolwent marketingu miejsc, adept futurologii i dystrybutor intrygujących treści PR-owych o startupach. Podróżuje coraz mniej intensywnie, za to z coraz większą fantazją. Zwykle włóczy się po Bałkanach, ale kiedyś chciałby wyruszyć daleko w Przyszłość.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.