Dlaczego nie potrafimy być uważni

9 min. czytania
dłoń trzymają kubek kawy

Nie macie wrażenia, że zbyt często podchodzimy do podróżowania w sposób analityczny?

Osiem lat temu, w jeden z ostatnich dni października, wygrzebałem się rano w greckiej Sparcie z namiotu i ustawiłem na maszynce kawiarkę. Noc była raczej chłodna. Czekając na napój, szukałem więc plam słońca, które nawet jesienią potrafi w Grecji przynieść trochę ciepła.

Byłem wtedy w drodze na Kretę, na której spędziłem następne pół roku. Na nocleg w Sparcie dotarłem późnym wieczorem, zmęczony po kilkunastu godzinach jazdy samochodem. Kemping był pusty, ale otwarty. Pracownik, kryjący się w budce ogrzewanej piecykiem, zapewnił, że działają cały rok – zimą goszcząc pojedyncze kampery – i że w łazience jest ciepła woda. Rzeczywiście była. Spałem w bluzie i śpiworze. Rano przeniosłem się na ławkę, która była w słońcu i czekałem, aż zaparzy się kawa.

To było osiem lat temu, ale pamiętam tamten poranek w szczegółach. Mimo, że nie wydarzyło się nic spektakularnego, nietypowego, zabawnego. Ot, zwykły przystanek na trasie na południe Europy. Dlaczego więc Wam o nim opowiadam?

Natrafiłem bowiem ostatnio na wypowiedź japońskiego mistrza Hoshino, żyjącego w świątyni Saikan na górze Haguro. Jest on wyznawcą Shugendō, starożytnej religii ludowej, która łączy zen i buddyzm ezoteryczny oraz szintoizm i kult natury.

Ścieżka duchowa Hoshino nie jest tu akurat zbyt istotna. Bez obaw, nie będę Was namawiał na wstąpienie na drogę japońskiego kultu. Hoshino powiedział jednak coś, na co zwróciłem uwagę w kontekście tak popularnej ostatnio uważności. Do jakiegoś stopnia przyświeca ona też – głównie w temacie podróży – naszemu magazynowi.

Kiedyś uczyliśmy się wszystkiego od natury i dlatego nasze zmysły były mocno wyczulone, podczas gdy dzisiaj uczymy się raczej„ myśleć ”, niż „czuć”. W rezultacie wszyscy mamy tendencję do myślenia i postrzegania świata w ten sam sposób. Wiem, że „uważność” stała się popularnym terminem na Zachodzie, ale jest to niewłaściwy sposób patrzenia na rzeczy – najpierw musimy „czuć”, a dopiero później kontemplować. Odrodzenie polega na powrocie do naszego pierwotnego stanu, w jakim się rodzimy, zanim stracimy zdolność prawdziwego odczuwania.

twierdzi mistrz Hoshino.

Brzmi to może trochę górnolotnie, ale dało mi do myślenia. Zastanawiałem się niedawno, dlaczego mamy takie problemy z „uważnością”. Czemu musimy sobie o niej przypominać? Przechodzić jej kursy. Dlaczego tak łatwo staje się kolejnym z celów, do których próbujemy uporczywie dążyć i o których na okrągło oczywiście zapominamy?

A gdy już sobie przypomnimy, że chcieliśmy być uważni, wszystko sprowadza się do tego, że analizujemy dany moment. Myślimy sobie: a więc teraz idę, stawiam kroki i czuję kamyk w bucie, mijam kwiaty czarnego bzu, wdycham ten zapach. A teraz słyszę dzieci na placu zabaw. Jestem bardzo uważny. Czemu, u diabła, one się tak drą?!

Nie znam za bardzo nauk mistrza Hoshino, wydaje się jednak, że daje on odpowiedź na moje pytania.

Problemem jest nasze analityczne, zadaniowe myślenie. Znajdujemy się już tak daleko od natury, że zamiast zmysłami, odbieramy świat intelektem.

Oczywiście, na podstawowym poziomie wciąż podlegamy prostym reakcjom organizmu. Gdy się przestraszymy, odskakujemy, a gdy jesteśmy najedzeni, chętnie ucinamy sobie drzemkę. Wiele wskazuje jednak na to, że nasi przodkowie byli dużo bardziej nastawieni na odbieranie świata zmysłami – od tego zależało, czy nie staną się kolacją dla tygrysa szablozębnego. Nie zajmowali się nieustannym myśleniem (może zresztą nie szło im ono jeszcze najlepiej), ale tkwili zanurzeni w rzeczywistości rejestrowanej przez ich zmysły. Jak mówi Hoshino: po prostu odczuwali. Ich organizmy były wyczulone na wszystkie sygnały płynące z otoczenia. Przyzwyczajone do zimna i deszczu, ale też wyłapujące ciepło słońca lub przyjemny wiatr.

Japoński mistrz uważa, że za bardzo zawierzyliśmy umysłowi. Mówi: najpierw trzeba znów zacząć odczuwać. Nie myśleć o tym, że „odczuwam”, ale odczuwać.

Nie znam szczegółowo zaleceń Japończyka, ale jedną z jego rad, jak to zrobić, jest bliższy kontakt z przyrodą. A więc przebywanie w jej otoczeniu najdłużej jak się da. I obawiam się, że pół godziny spaceru w przystrzyżonym parku może nie pomóc.

Tamtego poranka w Sparcie nie za wiele myślałem. Miałem jasno wytyczony plan na najbliższe godziny – podróż w kierunku krańca lądowej Grecji do przystani promowej – i w zasadzie nic mnie specjalne nie zajmowało. Byłem trochę zziębnięty po nocy w namiocie i szukałem słońca. Piłem kawę. Powoli się budziłem. Mój organizm w naturalny sposób przestawił się na odczuwanie zmysłami, wyrzucając na chwilę umysł gdzieś na drugi plan.

I myślę sobie, że właśnie dlatego tak lubimy podróże. Takich momentów, jak ten w Sparcie, pamiętam sporo. Większość tego typu chwil wiąże się właśnie z byciem w drodze. Gdy jest się poza domem, w nowym otoczeniu, czasem dużo mniej dla nas wygodnym, wracamy – choć odrobinę – do tej naszej pierwotnej, trochę zwierzęcej natury. Dowodzenie znów przejmują zmysły (do czasu, gdy przypomnimy sobie o liście rzeczy do zwiedzenia podsuwanej przez przewodnik).

Nie musiałem wtedy skupiać się na byciu uważnym. Nie myślałem: siedzę teraz na drewnianej ławce w Grecji, piję kawę, trzymam twardy ciepły kubek w dłoniach… Po prostu piłem kawę.


Zapisz się na nasz biuletyn z poleceniami kulturalnymi, wskazówkami dotyczącymi podróży i miejsc oraz podsumowujący najważniejsze wydarzenia na świecie, tak żebyś nie przegapił niczego, co ważne.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.