Najcichszy dźwięk świata

5 min. czytania
śnieg na roślinach

Michał Głombiowski wyrusza na poszukiwania ledwo słyszalnych dźwięków

Ten dźwięk najbardziej kojarzy mi się z dzieciństwem. Skrzypienie lekko ubitego pod stopą śniegu. Pieśń towarzysząca każdemu krokowi.

W ostatnich dniach śnieg pada i pada, jakby chciał przykryć tę całą beznadziejną szarość, w której tkwimy po uszy od marca. Każdego dnia muszę odśnieżać samochód, co jest czynnością równie irytującą, co medytacyjną. W środę jednak nad Warszawę nadciągnęły prawdziwie gęste chmury i niebo zrobiło się ołowiane. Powietrze przy tym było zadziwiająco ciepłe, niemal nietknięte wiatrem. Taką pogodę pamiętam z czasów, gdy miałem jakieś dziesięć lat i wybierałem się z tatą do lasu na biegówki.

Wszystko wtedy znikało, poruszaliśmy się w kokonie wypełnionym jedynie naszymi oddechami i uderzeniami kijków o śnieżny puch. Gdy się na chwilę zatrzymywaliśmy, pozostawała jedynie pulsująca cisza. Zimowy las jest scenerią opustoszałą.

Mój ojciec był wtedy jeszcze młody i wszechmocny, a jego dłonie zawsze ciepłe. Jeździł bez rękawic nawet na największym mrozie, co wprawiało mnie w szczere zdumienie.

Od tamtych chwil zapomniałem już o tym, że śnieg wszystko wycisza. Zbyt dawno nie było go w takich ilościach, by mogło to pozostać oczywiste.

Nie wiem czy zauważyliście, że tak naprawdę jego warstwa igra z dźwiękami. Przez to, że je tłumi, równocześnie je uwypukla. Jak to możliwe? Po prostu, redukując paletę głosów sprawia, że te pozostałe stają się głośniejsze.

To zupełnie inna sytuacja niż w tropikach. Jeżeli pojedziecie do któregokolwiek zakątka świata, w którym jest ciepło i wilgotno, zaraz po wyjściu z samolotu (mam nadzieję, że jeszcze pamiętacie o ich istnieniu) zderzycie się z oszałamiającą kakofonią. Milionem dźwięków. W takich miejscach wszystko jest żywotne, bogate i nieustająco daje o sobie znać. Słuchanie tego to cudowne acz nieco przerażające doznanie, próba wydobycia z tego hałasu jakiegokolwiek konkretu jest jednak skazana na niepowodzenie.

Wędrówki po zaśnieżonym świecie to inna sprawa. Skrzypienie śniegu pod butami jest przyjemnym, niezbyt nachalnym kompanem. Jest tuż obok, daje o sobie znać, ale nie jest to krzyk.

Chodziłem więc, słysząc jedynie chrupot śniegu pod stopami. Dopiero, gdy na chwilę stanąłem, zaczęły powoli napływać pojedyncze dźwięki. Nigdy jednak nie gwałtowne ani świdrujące. Te w oddali, jak zgrzyt tramwaju przejeżdżającego mostem nad Wisłą, czy szum „siódemki” prowadzącej na Gdańsk, były zauważalne, ale pozostawały jakby za cienką niewidoczną ścianą. Sama przyroda zaś milczała, ptaki dawno się już ewakuowały, a tym, które zostały, ani w głowie teraz głośne śpiewy.

Stałem przed nienaruszoną jeszcze przez żadną istotę bielą na ścieżce biegnącej obok przymrożonej Wisły i tkwiłem tam tak długo, aż moje uszy wyłapały jeden z najdelikatniejszych dźwięków tego świata: miękki szmer powoli opadających płatków śniegu.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.