anna janowska - dziennikarka

“Nareszcie wolność” – nasza dziennikarka wyrwała się na Teneryfę

Początek
15 min. czytania

Anna Janowska sprawdza, jak podróżuje się w czasach pandemicznych ograniczeń

Fot. Anna Janowska

Słońce grzeje tak mocno, że mrużę oczy wpatrując się w ocean, palmy i stromy klif. Spośród szumu fal ucho wyławia hiszpańskie „hola, que tal?” i kilka innych słów zlewających się w przyjemny gwar. I nagle coś wali mnie w splot słoneczny. Tak mocno, że braknie mi tchu. W jednej sekundzie zdaję sobie sprawę, jak bardzo tęskniłam. Jak strasznie brakowało mi tego, żeby tak po prostu być gdzie indziej. Wyjechać. Tyle i aż tyle.

Zanim jednak zobaczyłam ocean wokół Teneryfy, palmy i plaże zalane słońcem miałam przed sobą kilka wyzwań. Wymagających opanowania skomplikowanej logistyki i dość kosztownych. Jednakże każdy widok – chociażby stożek wulkanu Teide wyłaniającego się zza chmur – każda plaża o czarnym piasku, czy potrawa, którą zamówiłam moim łamanym hiszpańskim zrekompensowały mi je z nawiązką.

Szczepiony, nie szczepiony – test na covid musi być

Kartkę z wynikiem testu na COVID-19, który wydrukowałam sobie w angielskiej wersji, pokazywałam tyle razy, że aż poprzecierała się na zgięciach. Po raz pierwszy potrzebna była jeszcze na lotnisku w Warszawie, przed wejściem na pokład samolotu. Drugi raz, tuż po przylocie, pokazałam ją miłej pani, która losowo wyławiała wysypujących się z terminala pasażerów (tak na oko, co drugiego). Po raz trzeci, w recepcji hotelu położonego na plantacji bananów na zielonej północy Teneryfy. Czwarty, w kolejnym hotelu, tym razem z widokiem na fale roztrzaskujące się o zastygłą w oceanie lawę. Tylko mężczyzna w wypożyczalni samochodów nie chciał oglądać żadnych zaświadczeń.

Test na COVID-19, wiadomo, nie przyjemność, ale przed podróżą do Hiszpanii to na razie konieczność. Mam wybór pomiędzy testem PRC (wynik do 48 h), albo szybszym, antygenowym RT-LAMP (wynik za ok 12 h). Trzeba je zrobić do 72 godzin przed podróżą. Oba zaczynają się od dłubania patykiem w nosie. Każdy kosztuje około 300 zł, podnosząc cenę przelotu mniej więcej o połowę. Tłumaczę sobie, że to opłata za przywilej podroży. Ten obowiązek dotyczy wszystkich, na chwilę obecną również tych zaszczepionych. Wyjątkiem są dzieci do lat 6.

Z drugiej strony to też komfort. Milej się leci, siedząc przez 5,5 godziny w owiewanym klimatyzacją samolocie, wiedząc, że wszyscy wokół mają negatywny wynik testu na COVID-19 (bo z tym, czy noszą obowiązkową w samolocie maseczkę, bywa już różnie).

Każdy ma własny kod QR

Poza testem trzeba też wypełnić formularz sanitarny – na 48 godzin przed podróżą do Hiszpanii, online lub w aplikacji mobilnej SpTH. Deklaruję tam, że mam negatywny wynik testu. Podaję numer lotu i miejsca w samolocie, adres na miejscu (w przypadku Wysp Kanaryjskich wystarczy podać nazwę wyspy). I dostaję na maila kod QR, który jest niezbędny, by wjechać do Hiszpanii. Skanowany jest tuż po przylocie, jeszcze przed wyjściem z lotniska. Zresztą już w Polsce obsługa sprawdza go przy wpuszczaniu pasażerów na pokład, więc bez kodu QR po prostu nie polecimy.

plantacja bananów na wyspie Teneryfa

W hotelu recepcjonistka prosi o dokument i numer rezerwacji, potem o wynik testu na COVID-19. Wszystko kseruje, podaje zdezynfekowany długopis do podpisu i klucze.

Na śniadaniu najpierw wita mnie pojemnik do dezynfekcji, dopiero później uśmiechająca się za maską kelnerka. Na stoliku czeka porcja pieczywa, domowa tortilla, zafoliowany talerzyk z jamon iberico i chorizo, dżemy w małych (i niestety plastikowych) opakowaniach. Również kawa – choć z samoobsługowej maszyny stojącej w kącie – podawana jest przez kelnerkę. Zasady są proste, a śniadanie – choć nie z bufetu, jak kiedyś – pyszne i z widokiem na zielone pióropusze bananowców i ocean w tle.

Chcesz kalmary, zeskanuj kod

W restauracjach dla gości otwarte są wszystkie tarasy. Do stolików wewnątrz zapraszają te knajpy, które mają co prawda dach, ale frontowej ściany już nie. Chociaż są i takie, które udostępniają klientom stoliki wewnątrz, prosząc wcześniej o wypełnienie ankiety lokalizacyjnej. Tak jest m.in w Aqua y Sal, przy kamienistej plaży w Tajo. Serwują w niej zniewalające owoce morza, które zamawia się wskazując palcem wybraną rybę, krewetki czy przegrzebki w lodówce-gablocie. Albo takie, które restrykcje dostosowują do możliwości jak działająca w dawnym garażu dla ciężarówek Restaurante El Pole w Tacoronte, serwująca wino z okolicznych winnic na litry i typowe kanaryjskie potrawy wedle przepisu mamy.

Ale w zdecydowanej większości restauracji jest tak: kelner dezynfekuje stolik i przeciera go ścierką, przekładając przy okazji leżący na gładkiej powierzchni kwadracik ze strony czerwonej na zieloną. Jednym słowem: można usiąść. I wskazuje na kod QR na rogu stolika. Skanuję, w telefonie wyświetla się menu. Tak będzie w każdej knajpie, papierowe jadłospisy zniknęły i może już nie wrócą. Za to lista dań bez zmian. Grillowana ośmiornica, pesce a la plancha, na przystawkę chopitos fritos, czyli smażone na chrupko malutkie kalmarki. A do tego ziemniaki pieczone w soli z sosem mojo verde na bazie kolendry, czosnku i oliwy…

Maseczkę włóż

Dwóch surferów idzie nadmorską promenadą z deskami pod pachą. Rozwiane włosy, opalenizna i… maseczki na twarzy. Założone wzorcowo, zasłaniające usta i nos. Mężczyźni schodzą na plażę o czarnym piasku, opierają deski o kamienie i dopiero teraz zdejmują maski, t-shirty, wskakują w pianki.

Starsze panie z psem, które wcześniej plotkowały na plażowych krzesełkach opalając wysuszone dekolty, przeniosły się na parking i gadają nadal, oparte każda o swój samochód i każda z ustami (i nosem) za maseczką.

Tak jest wszędzie. Na promenadzie, w sklepie, w hotelowej recepcji, na śniadaniu. Każdy kelner, każdy przechodzień ma maseczkę. Założoną prawidłowo. Nie ma wyjątków. Tylko na plaży i przy kawiarnianych stolikach siedzą ludzie bez osłon na twarzy. Maska jest na chwilę obecną w Hiszpanii obowiązkowa w pomieszczeniach, poza nimi oraz w środkach transportu. Za jej brak grozi mandat 100 euro. Pierwsza fala pandemii doświadczyła Hiszpanię dotkliwie i wszyscy o tym pamiętają. Maseczki więc noszą, korzystając przy tym z uroków życia, otwartych sklepów, tarasów restauracji i innych atrakcji.

Patyczek w nosie

Na lotnisku Tenerife Sur pustawo. Spis lotów z całego dnia zajmuje ledwie jeden ekran. Warszawa, Amsterdam, Lanzarote, Berlin, Gran Canaria, Madryt i tyle. Nic dziwnego, że na Teneryfie pusto, a wśród turystów przeważają Hiszpanie. Przyjechałam nieco wcześniej, żeby przed wylotem zrobić test antygenowy, zwalniający z kwarantanny po powrocie do Polski. Można się na niego zarejestrować przez internet na konkretną godzinę. Ale bez umówienia też da radę, gdy chętnych jest akurat mniej. Koszt: 29 euro. Czas oczekiwania 20 minut. Wynik po hiszpańsku i angielsku dostanę mailem.

W kolejce do rejestracji przechodzi mi przez myśl: „a co jeśli wyjdzie pozytywny?”. Kwarantanna na Teneryfie, samolot odlatujący beze mnie… Jednak racjonalnie rzecz biorąc, zarazić się nie bardzo miałam jak. Wszyscy, z którymi rozmawiałam, mieli na twarzach maseczki. Co więcej, odbywało się to na powietrzu albo przy otwartych na oścież drzwiach i oknach.

I znów grzebanie w nosie, łzy w oczach i gotowe. Po 15 minutach wynik: negativo.

Test na do widzenia

Z 10-dniowej kwarantanny po przylocie do Polski zwalnia certyfikat szczepienia, albo test antygenowy lub PCR wykonany – gdy wraca się z kraju należącego do strefy Schengen – na 48 godzin przed przekroczeniem granicy, lub na 48 po wylądowaniu.

Na Okęciu można zrobić szybki test antygenowy za 170 zł, jeszcze przed kontrolą dokumentów (trzeba ją przejść, jak kiedyś po powrocie spoza strefy Schengen). Albo już po kontroli dokumentów, w ciągu 48 godzin. Ale ta opcja niesie ryzyko komplikacji: najpierw bowiem lądujemy na kwarantannie, a dopiero negatywny wynik testu nas z niej zwalnia. Laboratoria mają 48 godzin na zarejestrowanie wyniku w Sanepidzie. I tu zaczynają się schody. Jednym wynik laboratorium wpisuje w system od razu, innym nieco później i wtedy grozi nam mrożący krew w żyłach z sms lub telefon o tym, że pozostajemy na kwarantannie. I choć po zarejestrowaniu wyniku automatycznie jest ona z nas zdejmowana, to cała ta procedura zdecydowanie nie jest na moje nerwy.

W samolocie powrotnym większość pasażerów ma na twarzy maseczki i to poprawnie założone – jakby wszystkim udzieliło się hiszpańskie przestrzeganie przepisów. Pięć godzin szybko mija, a po wylądowaniu autobus, który wiezie nas do bramki, zatrzymuje się przy centrum testów na COVID-19. Kto chce się zbadać wysiada, kto ma test, chce się przetestować później lub dobrowolnie wybiera kwarantannę, jedzie dalej.

Pogranicznik najpierw sprawdza mój dowód, potem test, porównuje, czy numer dokumentu się zgadza. „Dziękuję, nie ma kwarantanny, witamy w domu”.


Zapisz się na nasz biuletyn z poleceniami kulturalnymi, wskazówkami dotyczącymi podróży i miejsc oraz podsumowujący najważniejsze wydarzenia na świecie, tak żebyś nie przegapił niczego, co ważne.


AKTUALIZACJA, 24.05.2021:

Zgodnie z aktualnymi zapowiedziami hiszpańskiego ministerstwa, zasady podróżowania zmienią się 7 czerwca:

Hiszpania otwiera się dla bezpiecznej turystyki międzynarodowej przyjmując wszystkich zaszczepionych turystów od 7 czerwca i przystępując do europejskiego systemu certyfikatów cyfrowych COVID-19 od 1 lipca. · Premier rządu Hiszpanii zapowiada, że ​​od 7 czerwca wszystkie osoby posiadające pełne szczepienie jedną ze szczepionek zatwierdzonych przez EMA lub WHO będą mogły podróżować do Hiszpanii, niezależnie od kraju pochodzenia.

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.