Nie ma Włocha, czas wyjeżdżać

7 min. czytania
balkony i okna w budynku

Przez ostatni rok każdego poranka budził mnie włoski sąsiad wydzierający się na balkonie do telefonu. Trochę mi go brakuje

Claudio Magris, włoski pisarz i poeta z Triestu, coroczne morskie kąpiele zaczyna już w kwietniu. A kończy je z ostatnimi dniami września. Zawsze mu tego trochę zazdrościłem. Choć przez większość życia mieszkałem nad morzem, był to Bałtyk, który w kwietniu może przyciągnąć co najwyżej morsy. Cóż, nie każdy żyje w Trieście…

Magris wspomniał jednak też kiedyś, że mniej więcej te same miesiące, które oznaczają dla niego sezon pływacki, są też czasem spania przy otwartym oknie. To już dużo łatwiej wprowadzić w życie. Nawet jeżeli noce spędza się na Mazowszu, a nie włoskim wybrzeżu. Tym bardziej, gdy śpi się w towarzystwie kogoś z kim można spleść się ciasno ciałami i wzajemnie ogrzewać.

Wziąłem sobie jego słowa do serca, ale w tym roku akurat aura skutecznie zniechęciła do nocnego wietrzenia sypialni. To był oczywiście błąd, co uświadomiłem sobie dopiero, gdy parę dni temu wreszcie zrobiło się naprawdę ciepło. Czas chłodu trwał bowiem tak długo, że zapomniałem już, jaką przyjemnością jest zasypianie i budzenie się w poruszanym przez wiatr powietrzu. Patrzenie na delikatny ruch firanki. Poszukiwanie plam ciepła pod kołdrą, jeżeli nad samym ranem zrobi się trochę rześko. Nasłuchiwanie dźwięków miasta lub wsi, które rozpędzają się od samego rana – nawet jeżeli będą to krzyki dzieciaków na placu zabaw lub paskudny warkot silnika kosiarki (tak, trawa ledwo co zrobiła się zielona, a obsesja koszenia wybuchła w pełni). To poczucie zetknięcia się ze światem jest tym razem jeszcze przyjemniejsze niż zwykle. Po ponad roku ograniczeń w podróżach, przemieszczaniu się, kontaktach społecznych wszyscy mamy już dość tkwienia w zamknięciu.

W poprzednią wiosnę, ale też lato i jesień, budził mnie mieszkający poniżej, w bloku obok Włoch. Spędzał większość dnia na balkonie i wydzieraniu się do telefonu.

Prowadził głośne i nigdy niekończące się rozmowy. Niewiele z nich rozumiałem, bo po pierwsze nie znam za bardzo włoskiego, a po drugie jego słowa płynąc z oddali zlewały się w jakiś szum. Czasami mnie trochę wkurzał tymi telefonicznymi dyskusjami, ale w zasadzie to całkiem lubiłem tę jego ekspresyjność. W czasie kwarantanny i zamkniętych granic Włoch z parteru był niczym łącznik ze światem, do którego zabroniono nam dostępu. Bywało, że rozmowy mu nie wystarczały i przechodził na połączenie wideo. Wtedy, leżąc rano w łóżku, słyszałem nie tylko naszego sąsiada, ale także i jego rozmówcę – jakiegoś mężczyznę o ciężkim głosie, który potrafił krzyczeć równie głośno i był oddalony od nas o tysiące kilometrów.

Podczas tych balkonowych sesji, Włoch kurzył zazwyczaj papierosa i gęsto gestykulował. Gdy przechodziłem obok, kiwaliśmy sobie głowami. Nie przerywał przy tym nawet na moment swoich wywodów. Miał nastoletnią córkę, która choć była pół-Polką, nabrała południowej ostentacyjności w ruchach i ubiorze. Pilotowała małego brata, który zakopywał się w piaskownicy lub zwiewał gdzieś na rowerku.

Po zimie i chłodnym początku wiosny, gdy wszyscy tkwiliśmy w kokonach własnych mieszkań okazało się, że Włoch zniknął. Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że dawno go nie słyszałem. Rzuciłem więc okiem na jego mieszkanie. Zamiast miliona zabawek i wiecznie suszącego się prania, na jego balkonie zobaczyłem tylko jakiś szosowy rower i plastikowe biurowe pudła. Nie wiedzieć kiedy, Włoch się wyprowadził. Jego miejsce zajął ktoś, kto nie ma zwyczaju prowadzić głośnych rozmów na balkonie.

Zrobiło się trochę pusto i cicho. Ale pomyślałem sobie, że nasz sąsiad, choć nie był tego świadomy, odegrał rolę łącznika ze światem.

Gdy siedzieliśmy pozamykani w domach i marzyliśmy o wypiciu espresso w knajpce na nabrzeżu Neapolu, swoją obecnością przypominał nam, że te ukochane, odległe krainy gdzieś tam nadal są. Że czekają aż świat się naprawi i będziemy mogli do nich wrócić. Chcę myśleć, że zniknięcie naszego Włocha jest sygnałem, że będzie dobrze i czas już znów pakować walizkę.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.