(Nie)przekładalność. Im dłużej podróżuję, tym mniej wierzę w opowieści o „poznawaniu kultur”

Początek

Każda opowieść o podróży jest przekładem. Nie tylko z jednego języka na drugi, ale z jednego świata na inny

Ilustracja: Rahmad Kurniawan

Do irańskiej wioski Tacht Malek trafiłem właściwie przez przypadek. Był późny jesienny wieczór 2023 roku, a ja od kilku miesięcy byłem w podróży rowerowej z Polski do Indii, jadąc właśnie przez irański Beludżystan w kierunku granicy z Pakistanem. Wypatrywałem już miejsca na nocleg. Wokół mnie nie było niczego poza kamienistą pustynią. Góry odcinały horyzont od południa, a z pozostałych stron rozciągała się przestrzeń tak jednostajna, że trudno było ocenić odległości. Słońce chowało się za grzbietami wzgórz. Dalsza jazda nie miała sensu. Zatrzymałem się. Z oddali usłyszałem nadjeżdżający samochód. Czekałem aż przejedzie, ale niebieski pick-up stanął dosłownie obok mnie. Wysiadł z niego mężczyzna w białej dżalabiji i zaczął coś mówić. Nie rozumiałem ani słowa. Nie wiedziałem, czy pyta o coś konkretnego, czy po prostu próbuje nawiązać kontakt. Wyjąłem telefon, by skorzystać z translatora.

Kilka zdań wystarczyło, aby mężczyzna dowiedział się, skąd jestem, dokąd jadę i że zamierzam spać na pustyni.

Zaproponował, żebym pojechał z nim do jego wioski. Z tego, co mówił i co wyczytywałem z ekranu smartfona wynikało, że musimy wrócić do zabudowań, które mijałem wcześniej.  

Kiedy dotarliśmy na miejsce, było już ciemno. Tacht Malek okazało się skupiskiem kilkunastu glinianych domów oddzielonych niskimi murami. Zanim zdążyłem zatrzymać rower, otoczyły mnie kozy. Ich beczenie odbijało się od ścian domów. Gospodarz zaprowadził mnie do pustego pokoju, w ktorym nie było nic poza dywanem rozłożonym na całej podłodze. Zostałem sam. Nie wiedziałem, czy ktoś jeszcze do mnie przyjdzie. Zaczynałem być głodny. W sakwie miałem kupiony wcześniej ryż z kurczakiem, ale postanowiłem chwilę zaczekać. Tak jak się spodziewałem, po kilku minutach gospodarz wrócił. Towarzyszył mu starszy mężczyzna i kobieta z dzieckiem.

Gdyby nie telefon, pewnie ograniczylibyśmy się do uśmiechów i gestów, ale smartfon bardzo pomagał w nawiązaniu konwersacji. Gospodarz miał na imię Abdul Madżi. Miał czterdzieści lat, dwoje dzieci i dwie żony. Jedną z nich okazała się kobieta siedząca obok. Po chwili przyniosła termos z herbatą, szklanki i ogromną misę kostek cukru. Starszy mężczyzna przedstawił się jako sąsiad Abdula. 

Podróżowanie oznacza przemieszczanie się po przestrzeni innej niż własna, ale czy rzeczywiście możemy mówić w tym przypadku o jakimkolwiek „poznawaniu kultur”? / fot. P. Strzeżysz

Było miło, ciepło, czułem się bezpiecznie. Ale robiłem się coraz bardziej głodny. Gdybym był sam, wyjąłbym zapasy z sakwy, ale w tej sytuacji wydawało mi się to niestosowne. Dylemat wrótce się rozwiązał – żona gospodarza przyniosła tacę pełną jedzenia. Ryż, warzywa w ostrym sosie, owoce. Jedliśmy, siedząc na dywanie. 

Domownicy rozmawiali między sobą. Słuchałem języka, którego nie rozumiałem.

Abdul co chwilę wskazywał na mnie. Sąsiad kiwał głową, zadawał pytania, śmiał się. Patrzyłem na ich twarze i zastanawiałem się, kim jestem w ich opowieści. Co zrozumieli z tego, co tłumaczył translator, na ile przekład był poprawny, co zostało przeinaczone? 

Oczywiście przekazałem im kilka faktów o sobie. Imię, narodowość, cel podróży. Odpowiedziałem na pytania o rodzinę, pracę, kraj. Ale w tej podsłuchiwanej rozmowie mogłem być przecież kimś zupełnie innym. Każda opowieść o podróży – niezależnie od jej długości, miejsca czy celu – jest pewnego rodzaju przekładem. Nie tylko z jednego języka na drugi, ale z jednego świata na inny. 

Kiedy mówimy: „byłem tam”, „widziałem”, „spotkałem”, tworzymy własną wersję wydarzeń. Układamy je w zdania, wybieramy obrazy, przypominamy sobie ludzi, których spotkaliśmy. Z chaosu przypadkowych chwil powstaje mniej lub bardziej barwna narracja. Ale nigdy nie jest ona tym samym, czego doświadczyliśmy. Jest kolejną wersją, kolejnym przekładem i nie chodzi tu tylko o język.

Oczywiście pomimo bariery językowej czegoś się o sobie dowiedzieliśmy. Ja, że Abdul buduje dom dla drugiej żony. On – dokąd zmierzam. Ale czy wiedzieliśmy coś więcej? Co właściwie znaczył gest zaproszenia mnie do siebie? Co tak naprawdę wydarzyło się wtedy między nami w tamtym dusznym pokoju, w którym jedynym elementem wyposażenia był dywan? Czy był to akt gościnności? Czy może pewnego rodzaju transakcja? Albo jedno i drugie? Czy nasze gesty miały dla nas takie samo znaczenie?

Przeszkadzały mi ciągłe próby obejmowania, dotykania, głaskania.

Ale uśmiechałem się. Prywatna przestrzeń mojego ciała była naruszona, fizyczność zbyt nachalna, zagarniająca, ale nic nie powiedziałem. Przystałem na konwencję „spotkania”. A czy ja sam nie uraziłem czymś gospodarzy? Gestem albo słowem? Nigdy się tego nie dowiem. 

Giorgio Agamben, włoski filozof, pisał, że poznanie często przychodzi zbyt późno, wtedy, gdy nie jest już potrzebne, kiedy nie możemy już wrócić do sytuacji, którą próbujemy zrozumieć. A podróżnik znajduje się przecież w pozycji szczególnej – przychodzi za późno i odchodzi za wcześnie. Za późno, bo miejsce istniało bez niego, z własną historią, konfliktami, rytuałami, codziennością. Odchodzi za wcześnie, gdyż nawet po dłuższym pobycie w nowym miejscu pozostaje nadal tym innym. Może nauczyć się kilku słów, poznać ludzi, przyzwyczaić do rytmu dnia, ale zazwyczaj niewiele to zmienia – nadal pozostaje obcym. A coż dopiero mówić o kimś, kto przyjechał, tak jak ja, zaledwie na jeden dzień?  

W domu, w kraju rodzinnym jest prościej. Wiemy, kim jesteśmy, co jest dla nas ważne, jakie granice są nieprzekraczalne.

Ta wiedza nie jest jednak uniwersalna. Wystarczy wyjechać, a znane nam mechanizmy przestają działać. Trzeba zaakceptować, że nie rozumie się rozmowy, nie zna zasad, nie potrafi odczytać gestu. 

Socjolog Jan Szczepański pisał, że dobro i zło nie tkwią w człowieku, lecz „między” ludźmi. Być może z rozumieniem jest podobnie. Ono również nie mieszka po żadnej ze stron. Nie oznacza to, że każde spotkanie kończy się porażką. Świadomość dzielącego nas, nieprzekraczalnego dystansu, pozwala zobaczyć innego bez próby zawłaszczenia, bez przekłamania, nadinterpretacji. Ale nawet wtedy opowieść o drugim człowieku jest z reguły uproszczeniem, mimo że próbujemy być uważni, ostrożni i sprawiedliwi. Inny człowiek wymyka się opisowi. Nie dlatego, że jest tajemnicą w romantycznym sensie tego słowa, ale dlatego, że żadna perspektywa nie obejmuje całości czyjegoś istnienia.

To poczucie dystansu, nieprzekładalności doświadczenia na zrozumienie chwili i człowieka pogłębiło się rano, kiedy obudziło mnie beczenie kóz i pianie kogutów.

Na podwórzu ktoś rozpalał ogień. Kobiety krzątały się przy śniadaniu, dzieci biegały między zabudowaniami. Wszystko wyglądało tak, jakby mój przyjazd nie zakłócił codzienności bardziej niż przelot ptaków.

Zjedliśmy wspólnie śniadanie, porozmawialiśmy, na ile pozwolił translator, zrobiliśmy kilka zdjęć i w zasadzie byłem już gotowy do drogi, kiedy Abdul dał mi gestem znak, żebym poczekał. Za moment wrócił do pokoju z dwiema kartami bankowymi i kartką papieru. Przez chwilę nie rozumiałem, o co chodzi. Dopiero translator wyjaśnił sprawę. Mężczyzna budował nowy dom dla drugiej żony. Potrzebował pieniędzy. Czy mógłbym mu zrobić przelew? Dwa tysiące dolarów wystarczy.  

Zaskoczenie trwało krócej niż poczucie niezręczności. Wyjąłem równowartość dwudziestu dolarów. To była kwota, którą uważałem za uczciwą zapłatę za nocleg i jedzenie. Abdul przez chwilę gestami dawał do zrozumienia, że nie o to mu chodziło. Potem schował banknot. Nie wyglądał ani na speszonego, ani tym bardziej na usatysfakcjonowanego. 

Próbowałem jeszcze tłumaczyć, że nie jestem bogaty. Że jadę rowerem przez Azję właśnie dlatego, że nie stać mnie na podróżowanie inaczej. Tłumacz przekładał zdania. Abdul kiwał głową. Do dziś nie wiem, czy zrozumiał cokolwiek poza samym faktem odmowy. 

Im dłużej podróżuję, tym mniej wierzę w opowieści o „poznawaniu innych kultur”.

Dzisiaj brzmią dla mnie zbyt naiwnie, żeby nie powiedzieć śmiesznie. Cóż to miałoby znaczyć – poznać inną kulturę? Kultura nie jest krajem z zaznaczonymi granicami, do którego można wjechać, zatrzymać się na kilka tygodni i wyjechać z przekonaniem, że się go poznało. Kultura to cały dorobek materialny i niematerialny danego społeczeństwa. Obejmuje wspólne wartości, język, obyczaje, normy zachowania, tradycje, sztukę. Tworzy unikalną tożsamość, często zaprzeczającą kategoriom, które znamy, i normom, według których sami funkcjonujemy. To, co wziąłem za czystą gościnność, może wcale nią nie było? Bo cóż oznaczała prośba o pieniądze na budowę domu? Była próbą wykorzystania mnie, czy naturalnym sposobem myślenia w świecie Abdula? A może jednym i drugim?

Kiedy wyjeżdżałem z Tacht Malek, długo oglądałem się za siebie. Nie z poczucia winy. Bardziej z ciekawości, czy istnieje taka wersja tamtego poranka, w której obaj opuszczamy to spotkanie z tym samym jego obrazem, bez rozbieżności, bez dystansu. Wtedy wydawało mi się, że nie. A teraz? Nie wiem. 

Czasem to spotkanie powraca, na nowo się przydarza, ale w innych miejscach i o innych porankach. Jest jak echo, które nie należy już do źródła, które je zrodziło, ale jeszcze nie zdążyło całkiem zniknąć; słychać je w oddali.


Jakościowe dziennikarstwo jest kosztowne. Udostępniamy ci Travel Magazine bez opłat – wspomóż naszą działalność dowolną kwotą. Dziękujemy!

Piotr Strzeżysz

Piotr Strzeżysz

Piotr Strzeżysz - jeździ rowerem, odkąd sięga pamięcią. Przejechał kilkadziesiąt krajów na pięciu kontynentach. Autor kilku książek. Lubi kawę, wiatr i Muminki.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe