Po internecie i smartfonie, to AI będzie kolejną technologią, która za naszego życia zmieni sposób, w jaki poznajemy świat
Ilustracja: Jardel Vieira / Unsplash
Zatem zamknij oczy i wyobraź sobie, że budzisz się w samolocie. Tuż po wylądowaniu. Jest rok 2036. Albo 2039. A może zaledwie 2033. Wysiadasz na lotnisku w Neapolu, albo w Lizbonie, albo w Stambule. Wybierz miejsce na tyle odległe, żeby było tam trochę inaczej, ale na tyle bliskie, by mieć dobry zasięg. Poza strefę zasięgu podróżują tylko ci, których kręci, kiedy jest trudniej.
Przyjechaliście w pięcioro, siedmioro a może dziesięcioro. To nie takie istotne, bo każdy ma trochę inne plany, nie będziecie cały czas razem. Ale teraz musicie się zsynchronizować.
Jak po sznurku
Odpalacie podróżną aplikację i po około minucie wita was Niko. Dla ciebie Niko to ta koleżanka z waszej paczki, która jedyna zrobiła porządny research i przyleciała najlepiej przygotowana. Dla innych Niko może być równie dobrze starszym mężczyzną, który mieszka tu od urodzenia.
Zresztą dla każdego z was Niko brzmi nieco inaczej. Ale dla wszystkich jest dyskretnym głosem ze słuchawki noszonej cały czas w uchu. Teraz szepcze, że nie ma co dłużej sterczeć na środku terminala. A jak udacie się w lewo, to kawałek dalej będzie wyjście prowadzące do postoju taksówek i przystanku autobusów. Grupa jest liczna, więc sugeruje drugą opcję.
Kiwacie głowami i dajecie się szeptowi Niko prowadzić na miejsce. W międzyczasie słyszycie, jak kupuje wam bilety na trasę do centrum. Macie je od razu w telefonie albo w zegarku. Przez klipsy w ubraniach Niko widzi też z grubsza to, co wy. Dzięki temu oraz śledzeniu lokalizacji rozpoznaje punkty na trasie autobusu i opowiada o nich prosto do ucha. Przy okazji robi ci wprowadzenie w całą wycieczkę. I dobrze, bo tak szczerze, to twoje przygotowanie do tej podróży nie jest perfekcyjne. Ale to jeszcze nic, bo połowa waszej ekipy dopiero rano dowiedziała się dokąd leci. Są trochę jak dzieci na rodzinnych wakacjach.
Zaufaj mi
Niko z rodzicielską troską sprawdza odczyty z waszych smart zegarków i widzi, że zaraz padniecie wszyscy z głodu. Sugeruje zmianę planów. Wysiądziecie dwa przystanki wcześniej i zamiast prosto do hotelu, pójdziecie najpierw coś zjeść. Po drodze jest lokal dobrze oceniany przez bywalców. Trafiacie tam jak po sznurku. Podążanie za głosem Niko jest lepsze niż kiedyś nawigacja w telefonach. W rogu czeka wolny stolik. Od razu domyślacie się, że przygotowany jest dla was i kto zrobił rezerwację. Zanim usiądziecie zjawia się kelner, który… nie zna ani słowa po angielsku. Ale to nie problem, bo wystarczy wyciągnąć telefon i odzywa się z niego Niko. Oczywiście mówi biegle w lokalnej mowie. Tak biegle, że nie jesteście pewni, co właściwie zamawia wam na obiad, ale macie już do swojej podróżnej AI pełne zaufanie…
Podróż w każdym domu
A teraz otwierasz oczy. Zdejmujesz z głowy headset, wyciągasz zmysłowe wtyczki. Wychodzisz z urządzenia przypominającego płytką wannę. Wyłączasz symulację. Neapol/Lizbona/Stambuł i twoi towarzysze podróży znikają. Jesteś u siebie w mieszkaniu. Jest 2056, a może już 2046 rok – zależy, jak szybko spodziewasz się takich cudów techniki w każdym domu.
Jakościowe dziennikarstwo jest kosztowne. Udostępniamy ci Travel Magazine bez opłat – wspomóż naszą działalność dowolną kwotą. Dziękujemy!
Wyglądasz za okno, a tam bez zmian – upał nawet większy niż był w południe. Do tego duszący dym z pożarów lasów nie zachęca do wychodzenia. Zresztą panuje kolejna już pandemia, nie ma za bardzo dokąd jechać. Ze znajomymi spotykacie się właśnie w symulacji. Granice od roku są zamknięte, więc w grze rekonstruujecie sobie nostalgicznie podróżowanie w latach 30. – ostatniej dekadzie, kiedy można było jeszcze swobodnie się przemieszczać…
Doświadczenie całego pokolenia
Dobrze, zostawiam już scenariusze przyszłości, bo w każdy kolejny byłoby coraz trudniej uwierzyć. Zresztą w tego typu prognozach tak naprawdę nie chodzi o to, by generować wiarygodne wersje wydarzeń, lecz by wejść na chwilę w inny świat i zobaczyć, jak się w nim czujemy. I zastanowić się, czemu akurat taka rzeczywistość przyszła nam do głowy.
Mnie, gdy wyobrażałem sobie, co może wydarzyć się z podróżami za 10 czy 20 lat, od razu przyszło na myśl, że zmienią je nowe technologie. Zapewne dlatego, że już raz to przeżyłem.
Dla mojego pokolenia – czyli polskich millenialsów – dwie ważne rzeczy zadziały się, kiedy przekraczaliśmy próg dorosłości. Było to wejście Polski do UE i pojawienie się internetu. Niespodziewanym połączeniem obu tych wydarzeń stały się… tanie linie lotnicze. Możliwość kupowania biletów przez internet, a nie w biurach była wówczas konceptem szalenie innowacyjnym. Przewoźnik tnie koszty, loty robią się tanie jak nigdy dotąd. Można polecieć na koniec kontynentu za grosze. Niech żyje XXI wiek!

Doświadczeniem pokoleniowym stały się naturalnie nie same rezerwacje lotów, a pobyty za granicą. Jedni dzięki nim zarobili pierwsze w życiu konkretne pieniądze, drudzy naimprezowali się po wsze czasy w ramach stypendium z Erasmusa. A inni poznali oba oblicza eurointegracji.
Mniej wiedzy i sprytu
Trzecim filarem tych pokoleniowych wojaży były już czysto turystyczne wypady. To zachłanne poznawanie w weekendy kolejnych stolic, do których uruchomili właśnie połączenie za 49 zł (o ile polecisz tylko z bagażem podręcznym). Nocleg można było znaleźć za darmo, bo pojawił się serwis Couchsurfing. A ci, co niekoniecznie lubili spanie u nieznajomych, zaraz dostali Booking, potem Airbnb. Jak się odpowiednio długo szukało, coś na swój budżet w końcu się znalazło. Nie trzeba było zresztą szukać samemu. Szybko pojawiły się fora, blogi, social media. Podróżnicza społeczność.
Z czasem nie trzeba było nawet szukać tych porad, bo agregował je Tripadvisor. Plan zwiedzania dało się sklecić w kilka minut. Czekając na odprawę na lotnisku. Na smartfonie. A ten niepostrzeżenie, z bajeranckiego gadżetu, stał się standardem. W hotelach i lokalach pojawiło się Wi-Fi. Potem w UE roaming zrobił się taniutki, a parę lat później w zasadzie darmowy. Nie musiałeś już niczego czytać przed wyjazdem, wystarczyło zerkać na bieżąco do odpowiedniej aplikacji. Kilka lat i były już apki do szukania połączeń, do noclegów, do przeliczania walut, do nawigacji, do taksówek, do wycieczek, do języków, do pakowania się…
Żadna z nich sama nie zrobiła rewolucji. Wszystkie razem sprawiały jednak, że podróż wymagała coraz mniej pieniędzy i czasu. Ale też mniej wiedzy i sprytu – czyli cech z dawien dawna przypisywanych podróżnikom.
Podróże dla wszystkich
Weźmy taki wyjazd do Gruzji. W zamierzchłych, analogowych czasach chętni na wycieczkę w Kaukaz powinni byli przyjechać np. do Kazbegi (przydało się wcześniej nieco poczytać o kraju, by to wiedzieć), na miejscu urządzić sobie bazę na parę dni, rozejrzeć się, popytać (przydawał się rosyjski), znaleźć kogoś, kto robi trekkingi, umówić na wypad (przydawało się umieć targować), nabyć sprzęt i prowiant… Dziś można ogarnąć temat jednodniową wycieczką z anglojęzycznym przewodnikiem z Tbilisi, którą rezerwuje się online przez GetYourGuide albo Viator. Bez całego tego zamieszania. Czyli bez tej trudniejszej, mniej instagramowej strony podróżowania, podczas której pokonuje się przeszkody i mimowolnie poznaje, jak naprawdę jest w tej Gruzji.
Ale coś za coś. Dzięki tym wszystkim cyfrowym udogodnieniom znika kilka barier. Ich pokonanie może i wymagało niegdyś wiedzy i sprytu, ale dla milionów ludzi były nie do przeskoczenia. W tym sensie technologie cyfrowe przybliżyły nam świat może nawet bardziej niż dla naszych dziadków zrobiło to pojawienie się samochodu, a dla prapradziadków kolei.
Pytając ChatGPT
I tu dochodzimy do sztucznej inteligencji, która jako koncepcja istnieje dobre pół wieku, ale jako narzędzie, którego praktycznie każda osoba może użyć – raptem trzy lata. Ale już wygląda na to, że może namieszać w podróżowaniu. Parę razy zdarzyło mi się – testowo i dla zabawy – zapytać ChatGPT albo Gemini, co zobaczyć w mieście, do którego właśnie wjeżdżałem. Co się okazuje? AI odpisuje i sensownie doradza, chociaż odpowiedzi są raczej bez szału. Dostaje się z grubsza te same polecajki co w przewodnikach czy na blogach, zapewne zresztą z nich przepisane. Ale przychodzą w kilka sekund, zwięzłe i ułożone w plan wycieczki. A do tego dopasowane do mnie. Jeżeli napiszę, że bolą mnie dziś nogi, AI wyśle mnie na plażę, a nie na punkt widokowy na wzgórzu.
Podejrzewam, że są już tysiące, a zaraz będą miliony osób „czatujących” w podróży zamiast czytać, oglądać, rozmawiać z ludźmi. AI zapewne będzie kolejną technologią, która za naszego życia modyfikuje sposób, w jaki poznajemy świat.
Ale nie wydarzy się tak dlatego, że nowinki mają magiczną moc zmieniania rzeczywistości. Wprost przeciwnie. Jest sporo wynalazków, które w teorii wyglądały rewelacyjnie, ale nie odniosły sukcesu rynkowego, ani nie odegrały znaczącej roli społeczno-kulturowej. Choćby tablety. W teorii niby mają wszystko, by każdy używał ich na co dzień do pracy i rozrywki (pozdrawiam czytających ten tekst na tablecie!). Ale realnie tylko 1-2% ruchu w internecie to wejścia z tabletów – nie przyjęły się. Za to w działce podróżniczej nie ma chyba lepszego przykładu technologii, która nie wypaliła niż samolot Concorde. Może i potrafił pokonać Atlantyk w 3 godziny zamiast 7-8, ale na dłuższą metę okazało się, że świat aż tak bardzo nie potrzebuje ponaddźwiękowych samolotów pasażerskich.
Podróż z AI? Nic nowego
Prognozując przyszłość, nie wymyśla się na siłę rzeczy, które mogłyby się światu kiedyś przydać, aby potem trzymać za nie kciuki. W zalewie informacji wyłapuje się – tu i teraz – tzw. sygnały zmian. Zdarzenia, za którymi stoi coś więcej – trend.
Jak już mamy wypatrzony trend, próbujemy zrozumieć, co go napędza. ChatGPT podpowiadający, gdzie zjeść churrosa w Maladze, to nie jest przecież kosmiczna innowacja, tylko kolejne wcielenie „doradcy podróży”, jak się zresztą po angielsku nazywa wspomniany tu już wcześniej serwis TripAdvisor. Sprawdzony adres podpowiedzieć potrafiły już przed internetem papierowe zasoby, jak Lonely Planet czy National Geographic. XX-wieczny przybysz nie musiał być zaprowadzony na churrosa przez poznanego na miejscu Hiszpana. Miał papierowe mapy, rozmówki, biura turystyczne, czeki podróżne. Już analogowy turysta chciał mieć łatwo i wygodnie.
To właśnie napędza trend na technologiczne nowinki, które zmieniają to, jak zwiedzamy świat. Nasza potrzeba, by w to podróżowanie aż tak bardzo się nie angażować. Cały wysiłek z nimi związany zmienić w zabawę i relaks.
Po drugiej stronie lustra – po stronie przewoźników, hoteli, organizatorów turystyki – jest z kolei potrzeba, by nam tych nowych narzędzi ciągle dostarczać. Liczą oni, że im więcej ich dostaniemy, tym więcej osób da się wyciągnąć na urlop z domu dalej niż na własną działkę. Jak widać, nie mylą się – międzynarodowych podróży przybywa. Odbywa się ich dziś ponad dwukrotnie więcej niż na początku wieku, około 1,5 miliarda rocznie.
Lepiej już było
Zanim dobiję do puenty, jeszcze jeden trend dotyczący technologii – i poniekąd też podróży – który znowu dotyczy millenialsów. W tym przypadku bardziej naszych rówieśników z zachodniej Europy i zza oceanu. Oni pierwsi zauważyli, że rozwój ostatnio jakby wyhamował, a czas tzw. awansu społecznego po cichu dobiegł końca. Częściowo zresztą dlatego, że w krajach rozwiniętych klasa średnia doszła już do życia we względnym komforcie i nie bardzo da się go jeszcze wyraźnie poprawić.
Do tego niektóre relacje cen i kosztów zmieniły się na niekorzyść młodych dorosłych, w porównaniu z tym, co mieli ich rodzice – zwłaszcza jeśli chodzi o opiekę zdrowotną i mieszkania. Co za to staniało? Sprzęt RTV. Nie dość, że gadżety są sporo tańsze niż pod koniec XX wieku, to dzięki cyfryzacji sprawiają wrażenie o wiele lepszych. Telewizor nie ma dziesięciu kanałów, a ponad setkę. Na półce obok nie leży kilka kaset wideo – w cyfrowej bibliotece czeka kilkaset filmów na Netfliksie, HBO, Disney+ czy co tam jeszcze jest w subskrypcji. W teorii ten skok jest niesamowity. Tylko, czy w związku z tą cyfrową zmianą powstaje teraz sto razy więcej dobrych i wartych zobaczenia filmów niż w latach 90.? Czy raczej większości tego, co tam jest i tak nigdy nie obejrzysz?
Cyfrowe placebo
Zgodnie z koncepcją nazwaną przez amerykańskich badaczy Wielką Stagnacją, nowe technologie stają się substytutem dobrobytu. Oferują iluzję, że w naszym życiu dokonuje się jakościowa poprawa. Zjawisko to bywa też określane cyfrowym placebo i wykracza oczywiście poza film czy muzykę. Dotyczy np. najbardziej kapitalistycznej z czynności, czyli zakupów, zwłaszcza tych modowych. Praktycznie każdy ciuch, jaki zobaczysz na ekranie, możesz mieć pojutrze w swoim najbliższym paczkomacie. Albo gastronomii – kto mieszka w większym mieście, potrawy prawie każdej kuchni świata zamówi przez apkę z dostawą do domu. Kurier będzie za 30 minut.
Jedną z tych pigułek cyfrowego placebo są rzecz jasna podróże. Niech każdy policzy, w ilu był krajach – zapewne jest to dwucyfrowa liczba – i porówna z tym, ile świata zwiedzili jego rodzice, kiedy byli w tym samym wieku. Prawdopodobnie stawiali wówczas dopiero pierwsze kroki za granicą. Różnicę zawdzięczamy grubszemu portfelowi, ale też temu, że nie musimy już, tak jak oni, być sprytnymi kombinatorami. My mamy Ryanaira, Ubera, Airbnb, nawigację i translator – wystarczy, że złapiemy Wi-Fi. Jeśli uzbieranie na wkład własny na mieszkanie jest poza zasięgiem, możemy to sobie zrekompensować, spędzając zimą miesiąc w Azji albo robiąc tyle city-breaków, ile tylko wystarczy dni urlopu. To łatwiejsze niż kiedykolwiek.
Minuta na wodospad
I może właśnie już trochę za łatwe. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, gdy trafiam do jakiegoś bardziej turystycznego miasta i mimowolnie przyglądam się innym odwiedzającym je osobom. Sporo z nich ma na twarzach wyraz znudzenia i sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie interesowało ich poznanie tego miejsca, więc po prostu się po nim snują. Nie mówiąc już o tym, by ruszała ich wpisana na listę UNESCO architektura czy zabytki.
Natura zresztą też nie. Niedawno w Słowenii nad jeziorem Bohinj dotarłem do cudnego wodospadu w górach. Usiadłem na skale, by odpocząć po marszu i zapatrzyłem się na dobre pół godziny. W tym czasie przez to miejsce przewinęła się setka albo i dwie osób. Zdecydowana większość z nich spędziła tam ledwie minutę, tyle ile potrzebowali do zrobienia kilku zdjęć. Po czym zaczynali odwrót.
Pomyślałem, że może byłoby lepiej, gdyby nie dało się tak blisko wodospadu podjechać autem i trzeba było podejść szlakiem od samego jeziora. Może wówczas docierałoby tu trochę mniej ludzi, ale docenialiby to miejsce bardziej. A może lepiej, gdyby w okolicy nie było tylu noclegów na Bookingu, tyle punktów na Tripadvisorze z setkami recenzji, tylu relacji na Instagramie… Wtedy zapewne przyjeżdżaliby tu głównie ludzie chcący posiedzieć dłużej w tych górach, a nie osoby szukające przystanku po drodze do Chorwacji.
Co po „zbieraniu doświadczeń”??
Piszę to ze świadomością, że też jestem jedną z tych osób. Co prawda nad Bohinjem zatrzymałem się wtedy na całe trzy dni, ale jest wiele innych miejsc, w których pojawiłem się na chwilę, bo były łatwo dostępne. Ba, jest sporo krajów, w których byłem tylko dzięki temu, że dolatywał tam Ryanair, jeździł Flixbus, a w miastach były tanie noclegi do wyszukania przez Booking oraz atrakcje ładnie opisane w apkach i na blogach… Jeśli poświęciłem na poszukiwania kilka wieczorów, to w końcu znajdowałem takie „okienko” pod koniec sezonu, że wycieczka dawała się zarezerwować za grosze. Z pomocą AI pewnie niedługo nie trzeba będzie nawet tych paru wieczorów…
I tak, dzięki całej tej cyfryzacji odwiedzenie kilkudziesięciu krajów stało się dla mnie substytutem życiowego osiągnięcia. Skoro nie zbudowałem domu, nie rozkręciłem własnej firmy, itd., no to „zbieram doświadczenia”. I tych kilkaset widoczków na moim Instagramie jest dowodem na to, że coś mi jednak czasem wychodzi.
Im trudniej, tym lepiej
Zapewne, gdybym wszedł w dorosłość trochę wcześniej – przed internetem, smartfonami, tanimi lotami – nie byłoby tego aż tyle. Zamiast kilkudziesięciu „zaliczonych” krajów pewnie miałbym na koncie kilka. Ale podejrzewam, że jeśli lubiłbym podróże tak bardzo jak teraz, to w jednym z krajów spędziłbym połowę swoich urlopów. I znałbym go dziś na wylot. Miałbym w nim przyjaciół, u których czasem bym nocował. Mówiłbym w ich języku, żyłbym miejscowym życiem, zamiast grać główną rolę w swoim „filmie drogi”. A barista w ulubionej kawiarni wiedziałby od progu, jaką kawę lubię – bez pomocy żadnego AI.
Może zresztą tak się jeszcze wydarzy. Może w którymś momencie – na przykład, gdy w sklepach pojawi się ta szepcząca do ucha słuchawka z AI – uznam, że to już za dużo. Już za łatwo. Że to miały być moje przygody, a jestem ciągany po tych wszystkich miejscach jak dziecko na rodzinnych wakacjach. I na przekór technologicznym trendom dołączę do tych, których kręci, gdy jest trudniej.
