Pieszo przez Kopenhagę

29 czerwca, 2024
przeczytasz w mniej niż 8 min.
norrebro kopenhaga

Nørrebro. Nie ma tu zbyt wiele zabytków, ale to jedna z najciekawszych dzielnic Kopenhagi

Popołudniowe słońce przesącza się przez korony drzew, rzucając na alejki złote smugi. Słyszę brzęczenie owadów, kilka centymetrów ode mnie faluje na wietrze któryś z łąkowych kwiatów. W tle słyszę rozmowy, chropowate duńskie głoski układające się w niewiele mi mówiące zdania oraz dźwięk sztućców uderzających o rozłożone na kocach talerze. Wyleguję się na trawie, pośrodku kopenhaskiego cmentarza. Dotarłem tu wędrując przez dzielnicę Nørrebro, leżącą dość blisko centrum, ale wciąż często pomijaną przez mknących gdzieś turystów.

Leżąc na trawie, z łatwością mogę sobie wyobrazić przeszłość tej dzielnicy. Jeszcze w XVIII wieku była to w zasadzie wieś, osada znajdująca się poza miejskimi murami. Dopiero po 1850 roku, gdy Kopenhaga zaczęła borykać się z problemem przeludnienia, teren został włączony do miasta. Ruszyła jego rozbudowa. Nowymi mieszkańcami byli głównie robotnicy. Aż do lat 70. ubiegłego wieku Nørrebro traktowane było jako dzielnica dość biedna i mało bezpieczna. Dziś idealnie nadaje się, by ją przemierzyć pieszo. Niezbyt szybko, zatrzymując się, gdy coś przyciągnie uwagę, zaglądając w okna, kreśląc chaotyczne linie po pogrążonych w spokoju uliczkach.

Ruszyłem z hotelu, wygodnej bazy na te kilka dni, którą obrałem między innymi ze względu na położenie, tuż przy jeziorze Peblinge. Z dala od zgiełku ścisłego centrum, ale wciąż w pobliżu najważniejszych miejsc w Kopenhadze.

Wystarczyło przekroczyć most, by znaleźć się w Nørrebro, po drodze mijając Søpavillonen, ulokowany na nabrzeżu rozdzielającym jeziora Peblinge i Sankt Jørgens.

Ten drewniany zabytkowy pawilon ma niemal sto trzydzieści lat i jakąś zadziwiającą lekkość, która pasowałaby bardziej do ciepłego klimatu, skłaniającego do poszukiwania cienia dającego wytchnienie od rozpalonego tropikalnego powietrza. Sø powstał jednak w zupełnie innym celu. Gościł członków Kopenhaskiego Klubu Łyżwiarskiego, którzy spędzali większość zimy na obu jeziorach i wbijaniu stali łyżwiarskich ostrzy w grubą warstwę lodu. Dopiero po upływie niemal wieku miejsce amatorów zimowych sportów zajęli w Sø goście kolejnych działających w budynku restauracji. Dziś jest to Babylon, która znajduje się obok mieszczącego się także w pawilonie nocnego klubu – miejsca potrafiącego co jakiś czas wydobyć z Duńczyków drugą, mniej powściągliwą naturę.

Minąłem Sø. Rzuciłem okiem na ceglaną fasadę Kościoła Betlejemskiego, wciśniętego pomiędzy dwie kamienice – świątynia jest idealnym przykładem architektury ekspresjonistycznej – żałując, że nie mogę zajrzeć do bronionego przez zaryglowane drzwi wnętrza. Liczyłem na to, że uda mi się zobaczyć krzesła, które zajęły tu – po raz pierwszy w historii duńskich kościołów – miejsce ław dla wiernych. Mebel, specjalnie na potrzeby tej świątyni, zaprojektował Kaare Klint. Jego dzieło na tyle się spodobało, że podobne krzesła Duńczycy zaczęli kupować do swoich mieszkań.

Odbiłem w prawo, by pójść wzdłuż jeziora w kierunku głównej, przecinającej dzielnicę ulicy Norrebrogade.

norrebro

Po lewej, zwrócone w stronę wody stały niewysokie kamienice i ceglane domy. Wgapiałem się w ich okna, wyłuskując wzrokiem wiszące nad stołami lampy Louis Poulsen Ph5. Metalowe dyski lamp zwieszały się w takiej obfitości, jakby ten ikoniczny już dziś projekt, który wyszedł w 1958 roku spod ręki Poula Henningsena, był wyznacznikiem duńskiej tożsamości. Designerskim paszportem, bez którego traci się swoją osobowość. W ogródkach przed domami stały miniaturowe krzesła i stoliki, udekorowane lampkami, pozwalające spędzać wieczory z kieliszkiem wina w dłoni i w obłoku przyjaznego światła.

Pomyślałem, że nie najgorzej być Duńczykiem mieszkającym na obrzeżach Nørrebro – dzielnicy mającej zaledwie cztery kilometry kwadratowe, a będącej domem dla blisko 75 tysięcy osób – i patrzeć sobie wieczorami na wody jeziora Peblinge. Obserwować krążące po nim rowery wodne w kształcie białych łabędzi, startujące z ulokowanej na unoszącej się na powierzchni akwenu platformie zabytkowej kawiarni Kaffesalonens. Wygląda ona nadal, jakbyśmy jeszcze żyli w latach 30., gdy ją otworzono.

W końcu odbiłem w lewo, by Norrebrogade – która poza zimą w weekendy zmienia się w pchli targ, a w pozostałe dni tygodnia oferuje zwykłe, potrzebne mieszkańcom sklepy spożywcze, kawiarnie i punkty z kebabem lub pizzą – dotrzeć do cmentarza Assistens Kierkegård.

I teraz leżę pomiędzy swobodnie rozrzuconymi nagrobkami, ciesząc się miękkością trawy i obecnością, całkiem żywych osób, które przyszły tu spędzić kilka wolnych chwil. Nekropolia powstała w 1760 roku. Wówczas jeszcze poza granicami miasta, początkowo będąc miejscem pochówku biednych, by w końcu stać się jednym z ważniejszych kopenhaskich cmentarzy. To blisko 25 hektarowy pełen zieleni dywan.

Szpaler starych lip i topól zasłania niemal cały widok na Kopenhagę. Nagłe zmiany terenu – jego nachylenia lub linii poprowadzenia chodników i alejek – tworzą odseparowane od siebie, dyskretne strefy. Odrębne kieszenie, w które można się wsunąć, korzystając z prawa zniknięcia we własnym świecie. Przeplatają się swobodnie, dając możliwość wyboru: czy zniknąć, czy też spotkać się z innymi.

Schować się z dziewczyną lub chłopakiem za kotarą krzewów i omszałym nagrobkiem mającym ponad sto lat. Wdziać ubranie z lycry i minąć kilku innych biegaczy krążących, niczym krwinki w organizmie, po alejkach cmentarza-parku. Dołączyć do emerytów. Młodych małżeństw, dzieci, biznesmenów i nastolatków wylegujących się na płachtach trawników. To miejsce – jak i całe Nørrebro – w zadziwiająco łatwy sposób łączy wszystkich. Staje się mozaiką, na której, nie tak daleko od siebie, może znaleźć sobie miejsce i Hans Christian Andersen i Søren Kirkegård – obaj pochowani na tym kopenhaskim cmentarzu.

Nørrebro jest zresztą jednym z bardziej różnorodnych etnicznie zakątków miasta.

Tak jakby na przekór ograniczonej przestrzeni dzielnica postawiła sobie za cel przygarnąć każdego. Znaleźć miejsce dla każdego. Pokazać, że jest w stanie pomieścić niemal wszystko.

Przekonuję się o tym chwilę później, gdy opuszczam park-cmentarz. Kręcę się bez większego celu po ulicach rozciągających się na północ i zachód od nekropolii. Restauracje z gwiazdkami Michelin sąsiadują z ciasnymi lokalami oferującymi kebab. Sklepy z płytami winylowymi z punktami, w których można kupić miotłę albo puszkę farby. A bliskowschodni fryzjer działa niedaleko ByOasen – kolejnej ostoi zieleni w Nørrebro.

To jeden z odległych śladów wiejskiego dziedzictwa dzielnicy. ByOasen jest miejską farmą, na której dzieci mogą tarmosić kozy, króliki i świnki morskie, a dorośli popielić ogródek, ugotować coś wspólnie na ognisku, porzeźbić w drewnie. Lub po prostu spędzić kilka godzin na otwartym powietrzu, pomiędzy roślinami i zwierzętami.

Nørrebro jest bowiem inną Kopenhagą. Odrębną.

Niewielki teren wymusza na mieszkańcach bliskość. Tworzy, niemal samoistnie, wspólnotę, napędzaną oddolną energią społecznych inicjatyw. Ta energia buzowała tu zresztą zawsze. Jeszcze siedemnaście lat temu skupiała się w ceglanym budynku Ungdomshuset, zajętym przez lewicującą młodzież i eksmitowaną przy sporych protestach przez policję w 2007 roku. Ich siedziba – niegdyś będąca zresztą lokum ruchu robotniczego, które odwiedzili Włodzimierz Lenin i Róża Luksemburg – została w dwa dni zrównana z ziemią.

Nørrebro – pomimo zmian – pozostało trochę chropowate, zawadiackie, lekko buntownicze.

Myślę o tym, gdy na koniec zachodzę do ciasnego lokalu Pompette, w którym można dostać najtańsze chyba jakościowe wino w Kopenhadze (60 koron za kieliszek). Kręci się tu trochę turystów, miejsce jest już odrobinę uładzone, wciąż jednak w okupującym stoliki tłumie da się wyczuć jakąś szczególną energię. Ten lokal, sprzedający wyłącznie wina naturalne, mógłby z łatwością zmienić się w hipsterski wine bar o starannie dopracowanym stylu. Zamiast tego pozostaje jednak miejscem nieokreślonym, gdzieniegdzie się sypiącym, ale prowadzonym z ujmującą nonszalancją i sporą dawką radości. Miejscem, które może na chwilę stać się twoim domem.


Kopenhaga. Gdzie spać

Jest coś niezwykle przyjemnego w odsłanianiu co rano drewnianych ciężkich żaluzji wiszących w oknach pokoi Manon les Suites – prosty, namacalny gest, który pozwala ci spojrzeć na budzące się miejskie życie. Jest w tym coś ludzkiego – w tym hotelu w ogóle łatwo poczuć się niczym w domu. Drewniane stoliki, szerokie kanapy, nowoczesne odchylane lampy, grube dywany nie mają w sobie nic z wystroju sieciowych hoteli, dając za to poczucie swojskości.

Najbardziej znanym punktem Manon les Suites jest jednak wewnętrzny basen, ulokowany na zamkniętym dziedzińcu, obsadzonym setkami roślin. Jeżeli zapragniecie w stolicy skandynawskiego kraju poczuć się niczym na Bali, to jest to odpowiednie miejsce – ten spowity ciepłym powietrzem punkt przenosi gości bezpośrednio w tropikalną dżunglę. Równie ważnym miejscem – a dla niektórych nawet ważniejszym – jest piętro z wyjściem na taras, gdzie rano serwowane są śniadania. Zarezerwujcie na nie naprawdę sporo czasu, bo nie będziecie chcieli tego miejsca opuścić. I jeszcze jedna dobra wiadomość: Manon les Suites przyjmuje wyłącznie gości powyżej 15. roku życia, nie zbudzi Was więc nad ranem płacz żadnego maluszka.

Kopenhaga. Co zjeść

W Kopenhadze już od jakiegoś czasu toczy się zażarta „burgerowa wojna”, a o jej znaczeniu może świadczyć fakt, że do potyczki dołączył nawet twórca słynnej restauracji Noma i otworzył lokal serwujący burgery (POPL).

Nieco tańsze, a naprawdę dobre burgery (w tym wegetariańskie) dostaniecie jednak także w Gasoline Grill. Obecnie jest to już sieć lokali rozsianych niemal po całym mieście, wszystko zaczęło się jednak na dawnej stacji benzynowej zamienionej w burgerownie w pobliżu Nytorv, w centrum Kopenhagi. W menu jest pięć rodzajów burgerów. I wszystkie bardzo dobre, o czym świadczą zazwyczaj długie kolejki czekających, którym nie przeszkadza nawet to, że większość lokali ma zaledwie kilka stolików do siedzenia i zazwyczaj trzeba delektować się posiłkiem na stojąco.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe