„Requiem dla snu” [RECENZJA] – premiera Teatru Studio

16 maja, 2026
przeczytasz w mniej niż 4 min.

Przedstawienie jest dobrym przykładem na to, że teatr podlega siłom, nad którymi nie zawsze da się zapanować

Fot. Natalia Kabanow / Teatr Studio

Na dobrą sprawę wszystkie elementy tego dramatu są dopracowane, przemyślane i ułożone tak, że powinny działać. Aktorzy grają bez zarzutu, dramat ma określoną linię narracyjną, scenografia i kostiumy nie każdemu muszą się podobać, ale z pewnością nie są przypadkowe. A jednak całość nie ma siły głębszego oddziaływania na emocje. Tak jakby w tym ciągu scen zabrało najważniejszego – jakiejś tajemniczej energii, która potrafi wszystko scalić w jedność i pozwolić opowieści płynąć wartko.

Przedstawienie jest adaptacją powieści Huberta Selby’ego, rozsławionej przez ekranizację Darrena Aronofsky’ego z 2000 roku. Książka przemknęła przez polski rynek bez większego echa, film natomiast zyskał miano kultowego. Szybki montaż, rozedrgana narracja i dosadność całej historii sprawiła, że dzieło zapadło w pamięć całemu pokoleniu. Książkowa i filmowa opowieść dotyczyła pogrążania się w nałogu narkotykowym. W filmie dość mocno zaznaczone było też uzależnienie od mass mediów, czyli głównie telewizji.

Jakub Skrzywanek i pracujący z nim nad scenariuszem Jan Czapliński postanowili nieco uwspółcześnić tę historię, kierując reflektor na wszelkie możliwe uzależnienia. A te, jak podkreślał reżyser w wywiadach, obejmują dziś wszystko i wszystkich, wynikają bowiem z systemu kapitalistycznego. Każdy z nas „coś ćpa”. Serwisy społecznościowe, seriale, seks, mefedron, ozempic, ekrany, jedzenie, zakupy… Można by wymieniać bez końca. Wszyscy jesteśmy uzależnieni, zagubieni i samotni.

Requiem dla snu, recenzja – premiera w Teatrze Studio

Twórcy teatralnej wersji Requiem dla snu próbują nadać spektaklowi podobnej dynamiki jaką miał film, stawiając na mnogość bodźców. Poszły w ruch podążające za aktorami kamery, ekrany serwujące zbliżenia, mocne oświetlenie, queerowe kostiumy, a nawet odgrywana na żywo na organach przez Marcina Maseckiego muzyka.

Skrzywanek świadomie zatopił swoje dzieło w nadmiarze. Ta fala bodźców i ustawienie całości na wysokich rejestrach ma zapewne oddawać rozedrganie i ciągłą pogoń za intensywnymi doznaniami osób uzależnionych.

Chwilami reżyser stara się przełamać granice teatralności, każąc aktorom wyjść z ról i wikłać widzów w przedstawienie. To burzenie “czwartej ściany”, znane przecież już z wielu przedstawień, tu jednak nie działa. Najmocniej odczuwalne jest to w scenie, w której dwóch bohaterów próbuje zamówić narkotyki w internecie, robiąc to w zasadzie na żywo i komentując kolejne poczynania poprzez bezpośrednie zwracanie się do publiczności. W tych momentach spektakl załamuje się, wchodząc w dydaktyczny, moralizatorski ton, wytrącając widzów ze stanu zawieszenia niewiary w przedstawiany świat – zawieszenia, które jest niezbędne, by móc zaangażować się w pełni w oglądaną historię.

Z tego barokowego sztafażu, a przede wszystkim z nadmiernej teatralizacji, nie powstaje historia, którą moglibyśmy nazwać ludzką. I być może to jest głównym powodem tego, że Requiem dla snu, pomimo sprawnie zrobionych elementów, nie ma siły porwania widzów.

Więcej nie zawsze oznacza lepiej

Skrzywanek w jakimś sensie porzuca swoich bohaterów. Nie przygląda się im głębiej, ani nie docieka przyczyn ich zagubienia. Nie tworzy kameralnego spektaklu o ludziach, lecz efektowny dramat na temat uzależnienia. Ślizga się, gubi w nadmiarze pomysłów. Próbuje być głosem moralnym, decydując się na tak jednoznaczne gesty, jak wplecenie w narrację filmiku o dziecku pogrążającym się w nałogu. Bierze kolejne kwestie w nawias, ma ciągoty do sakralizacji poszczególnych scen, chwilami niebezpiecznie zbliża się do groteski (jak, chociażby, w scenie kompulsywnego objadania się jednej z bohaterek).

Wszystko to ogląda się wpierw z rosnącym zainteresowaniem, które szybko jednak gaśnie, przeobrażając się w rozczarowanie. Pozostaje poczucie obcowania z telenowelą, a nie realnym dramatem konkretnych, pełnokrwistych osób. Odwrócenie się od bohaterów rzadko w teatrze kończy się dobrze. Gdy w historii zabraknie człowieka, na niewiele zda się nawet najbardziej rozbuchana wyobraźnia i zaawansowane zaplecze techniczne. Pozostaje dobrze zagrana i chwilami interesująca, ale jednak dość małoangażująca i jednowymiarowa opowieść, próbująca w sobie pomieścić więcej, niż jest w stanie unieść.


Requiem dla snu, reż. Jakub Skrzywanek, Teatr Studio w Warszawie, Narodowy Stary Teatr w Krakowie, premiera warszawska 17 kwietnia 2026, premiera krakowska 25 kwietnia 2026

https://buycoffee.to/travelmagazine

Michał Głombiowski

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe