Wprowadzenie opłat za wstęp na piesze szlaki nie ma szans rozwiązać problemu nadmiernej turystyki
Fot. Bart Zimny / Unsplash
Madera dołączyła do miejsc próbujących okiełznać nadmierny ruch turystyczny, wprowadzając opłaty za korzystanie z blisko trzydziestu pieszych szlaków na wyspie. Nie sądzę, żeby przyniosło to oczekiwany rezultat.
Gdy byłem pierwszy raz na Maderze – jakieś 12-14 lat temu – portugalska wyspa zaliczała się jeszcze do tzw. ukrytych klejnotów, o których mało kto wiedział. Nie latały tam żadne z tanich linii. Dostanie się na wyspę wymagało przesiadki w Lizbonie lub skorzystania z nielicznych połączeń czarterowych, obsługujących kierunek raz na tydzień (co zmuszało do pozostania na Maderze przez minimum siedem dni). To już dawno zapomniana historia. Dziś Madera jest jednym z popularniejszych europejskich celów turystycznych.
Ograniczona oceanem wyspa dawno przestała mieścić przybyszy.
Maderczycy w końcu się wkurzyli i wymusili przegłosowanie ustawy wprowadzającej opłaty obowiązujące na najpopularniejszych, głównie jednodniowych, szlakach pieszych. Zależnie od trasy, danina wynosi od ok. pięciu do ponad dziesięciu euro. Ma ona zmniejszyć tłok na szlakach.
Nie zmniejszy.
Tego rodzaju bilety są w zasadzie ukrytym podatkiem. Mogą wspomóc budżet – władze Madery twierdzą, że zebrane pieniądze przeznaczą na renowację i utrzymanie rozdeptywanych szlaków. I tu rzeczywiście można zapewne liczyć na wymierny efekt – pojawią się dodatkowe środki do wykorzystania. Jeżeli jednak celem nie ma być zgromadzenie gotówki, lecz zmniejszenie ruchu turystycznego, szanse na powodzenie są nikłe.
Konieczność wysupłania kilku czy nawet kilkunastu euro nie skłoni kogokolwiek do zmiany turystycznych planów.
Podróż na Maderę to zazwyczaj wydatek minimum kilku tysięcy złotych. W tej skali parę dodatkowych złotych, nie robi już na nikim wrażenia.
Podnoszenie cen za wstęp (oczywiście w jakimś wymiarze) nigdy zresztą nie odstrasza zwiedzających. Przykładem może być dość spora podwyżka (o 50 proc.) cen biletów na ateński Akropol, którą zaserwowano na wiosnę ubiegłego roku. Zmiana nie zmniejszyła apetytu turystów na odwiedzenie słynnego miejsca. W 2024 roku na greckim wzgórzu zameldowało się 4,5 mln osób i chociaż nie ma jeszcze pełnych danych za ubiegły rok, wstępne szacunki wskazują, że był on kolejnym rekordowym okresem. Jeżeli ktoś jest po raz pierwszy w Atenach, pójdzie na Akropol niezależnie od kwoty, jaką będzie musiał zapłacić za wstęp.
Pieniądze pieniędzmi, ważniejsze wydaje się jednak to, że Madera zabiera się za rozwiązywanie problemu nadmiernej turystyki w mało przemyślany sposób. Najłatwiej podnieść ceny i tłumaczyć to troską o środowisko. Dużo trudniej wprowadzić przepisy, które rzeczywiście mogłyby coś zmienić.
Najbardziej oczywistym krokiem byłoby ograniczenie ruchu wycieczkowców, które każdego dnia cumują w maderskim porcie.
To nimi przybywa na wyspę znaczna część turystów. W 2024 roku do portu w Funchal zawinęło 316 statków, przywożąc ponad 700 tysięcy pasażerów. W tym samym roku na Maderę zawitało blisko 2,5 mln osób. A to oznacza, że ponad 1/4 przyjezdnych dociera na miejsce promami wycieczkowymi. Gdyby zakazać im cumowania w portach archipelagu, ruch turystyczny zmniejszyłby się w zauważalny sposób.
Problem jednak w tym, że zarządzający wyspą chcą równocześnie zjeść ciastko i mieć ciastko. Wraz z turystami pojawiają się wymierne profity. To o tyle ważne, że jeszcze dekadę temu Madera uchodziła za jeden z najbiedniejszych rejonów Portugalii. Nikt nie chce wracać do trudnych czasów. Nie zmienia to jednak faktu, że mieszkańcy coraz mocniej odczuwają zmęczenie tłumem przybyszów. Jednak zakaz cumowania statkom wycieczkowym jawi się rządzącym jako zbyt ryzykowny ruch, mogący prowadzić do gospodarczych turbulencji. Łatwiej wprowadzić bilety za wstęp na dzikie tereny wyspy, przerzucić koszty na turystów i udawać, że próbuje się zaradzić problemowi.
Cała ta decyzja sprowadza się jednak do ograniczenia prawa przynależnemu człowiekowi od zarania dziejów – prawa do swobodnego przemieszczania się.
Najbardziej naturalny ludzki odruch – chodzenie – zostaje w ten sposób wprzęgnięty w prawa rynku. Nie możemy już iść przed siebie, tak jak robiliśmy to tysiące i setki lat temu. Musimy mieć pozwolenie i bilet. Musimy się zarejestrować i pozostawić swoje dane. To trochę tak, jakby wprowadzono zezwolenia na wypicie wody ze strumyka lub na oddychanie górskim powietrzem. Zasady systemu kapitalistycznego bezwzględnie wciskają się w każdą dziedzinę życia.
Sukcesywne ograniczanie dostępnej człowiekowi przestrzeni to znak dzisiejszych czasów.
By się o tym przekonać, wystarczy wybrać się na spacer po jakimkolwiek większym mieście. Niemal każde zapuszczenie się w dróżki pomiędzy budynkami, eksplorowanie wąskich uliczek czy zejście z głównych traktów kończy się utknięciem na płocie broniącym dostępu do nowego osiedla bądź prywatnych działek. Nie da się dziś chodzić, instynktownie wybierając kierunek, bo przestrzeń, w której żyjemy została pocięta murami. A przecież jesteśmy gatunkiem stworzonym do chodzenia.
Olga Gitkiewicz w felietonie dla Miesięcznika Znak pisała:
Chodzenie jest potencjalnie najbardziej demokratycznym i sprawiedliwym sposobem przemieszczania się. Nie wymaga zdawania kursów, zaświadczeń, jest niezależne od wieku, płci, stopnia zamożności, sytuacji materialnej. Nie zanieczyszcza środowiska, nie generuje hałasu, odpręża i nieźle działa na zdrowie. Piesi nie mają wielu kosztownych potrzeb. Ot, kawał prostej drogi, od czasu do czasu ławka, nieco cienia, więc drzewa, jakaś zieleń. (…) Chodzenie jest relacyjne: można nawiązać z kimś kontakt wzrokowy, przystanąć, zamienić kilka słów. Chodzenie może więc budować wspólnotę.
Na Maderze właśnie wyłamano się z tego schematu. Chodzenie wymaga już zaświadczeń i stało się zależne od stopnia zamożności i sytuacji materialnej.
To o tyle zaskakujące, że wyspa od kilku lat promuje się jako miejsce „zielone”, dbające o relację człowieka z naturą, pozwalające zanurzyć się w nieskażoną cywilizacją przestrzeń. Jak ten przekaz pogodzić z ograniczaniem wolności swobodnego wędrowania?
Zdaję sobie sprawę, że nadmierna turystyka jest narastającym problemem. Wiem też, że najwyższy czas, by próbować go jakoś rozwiązać. Istnieje jednak mnóstwo innych, bardziej sensownych dróg, niż karanie ludzi za to, że chcą oddawać się temu, co tkwi w naszej istocie – długim, pieszym wędrówkom.
„Travel Magazine” możemy wydawać dzięki mecenasom i stałym czytelnikom. Wspieraj naszą pracę:

