Historia opowiedziana przez Ildikó Enyedi meandruje nie tylko w czasie, ale też w poprzek gatunkowej percepcji. Osią opowieści pozostaje wielowiekowy miłorząb japoński
Majestatyczne drzewo (gatunek jest reliktem ery mezozoicznej, który przetrwał w niezmienionej wersji od ponad dwustu milionów lat), rosnące w niemieckim parku staje się świadkiem trzech, rozpiętych na ponad sto lat ludzkich historii.
Każda z nich ma inną formę wizualną. Współczesność oddana jest na hiperrealistycznym zapisie cyfrowym, lata 70. na ziarnistej taśmie 16 mm, a początek XX wieku w czarno-białej tonacji. Profesor neurobiologii Tony Wong (grany przez Leung Chiu-waia, znanego z filmów Wong Kar-waia), zostaje odizolowany podczas pandemii COVID-19 na opustoszałym kampusie Uniwersytetu w Marburgu, gdzie poświęca się badaniu sygnałów biochemicznych miłorzębu.
Na tą samą uczelnię trafia w 1972 roku nieśmiały i nieco naiwny student Hannes (Enzo Brumm). Zauroczony współlokatorką, Gunduli (Marlene Burow), pomaga jej badać postawioną na parapecie pelargonię.
Z kolei Grete (Luna Wedler) w 1908 roku, próbuje się dostać na uczelnię, by zostać pierwszą studentką w historii Marburga. Wymaga to przebicia się przez mur stawiany przez sceptycznych i posądzających ją o rozwiązłość seksualną profesorów (wszystkich białych i raczej wiekowych).
Każdy z tych bohaterów krąży na różne sposoby wokół rosnącego na terenie uniwersytetu drzewa, które staje się świadkiem ich historii.
Węgierska reżyserka nie odchodzi daleko od stylu swoich poprzednich filmów. „Milcząca przyjaciółka”, podobnie jak „Dusza i ciało”, ma dość szczątkową akcję ogołoconą z nagłych zmian tempa, dramatycznych zwrotów czy mrożących krew w żyłach wydarzeń. Bliżej temu dziełu do filmowej kontemplacji i transowego ciągu poetyckich obrazów niż do konwencjonalnej narracji.
„Milcząca przyjaciółka” – nie myśl, odczuwaj
Mimo tego całość broni się jednak bez trudu. Reżyserce udało się stworzyć przestrzeń będącą równocześnie oniryczną, jak i sterylną, niemal laboratoryjną. Dzięki temu „Milcząca przyjaciółka ” unika (może poza kilkoma wyjątkami) przeistoczenia się w banalną opowieść o ludziach przytulających się do drzew i jednających się z naturą. W toczącej się niespiesznie historii zaszyte są pytania o nasze miejsce w świecie, o to na ile możliwe jest przełamanie barier pomiędzy ludźmi i innym gatunkami i jak spojrzeć na świat, by móc objąć jak największą jego część. Przewija się też temat samotności. Bohaterowie są w jakimś sensie outsiderami, probującymi odnaleźć się w rzeczywistości na własnych zasadach.
Z meandryczną narracją „Milcząca przyjaciółka” jest jednak przede wszystkim filmem próbującym przedstawić inny sposób postrzegania i odczuwania świata – inny od tego, do którego na co dzień przywykliśmy. Jego twórcy nie starają się szukać na siłę odpowiedzi. Jeżeli stawiają pytania, wybrzmiewają one w tle, nie będąc siłą napędową akcji. Film stara się porwać nas swoim nurtem niczym fala i tylko od nas zależy, czy zdecydujemy się z nim popłynąć. Ta podróż może wymagać nieco cierpliwości, prowadzi nas jednak do nieco dziwnego świata, który jest tuż obok i którego jesteśmy częścią, choć zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy.
„Milcząca przyjaciółka” („Silent friend”), reż. Ildikó Enyedi, w kinach od 22 maja.

