Tove Jansson napisała w formie urzekających naturalnością letnich opowiadań traktat filozoficzny o życiu, śmierci i przemijaniu
Jansson zawsze chętnie pisała o odmieńcach, ekscentrykach i światach osobnych, czego najlepszym przykładem jest jej najsłynniejsze dzieło, czyli seria o Muminkach. W „Księdze lata”, książce którą lubiła najbardziej ze wszystkich przez siebie napisanych, też nie brakuje tego typu postaci, a fiński szkier, na którym dzieje się akcja, staje się sam w sobie odrębnym wszechświatem. Uważny czytelnik znajdzie tu zresztą sporo cech wspólnych ze światem Muminków, choć oczywiście te podobieństwa nie są dosłowne. Podobna jednak okazuje się orbita, wokół której poruszają się bohaterowie oraz ich budząca zarówno sympatię jak i nieco irytacji nietuzinkowość.
„Księga lata” – recenzja
Przede wszystkim jednak „Księgę lata”, wznowioną w nowym tłumaczeniu Haliny Thylwe przez wydawnictwo Czarne, czyta się dziś, jak opis świata niemal utraconego. To obraz swobodnego dzieciństwa pośród natury, pełnego chwil szczęścia i drobnych dramatów, pod opiekuńczym okiem dorosłych, ale bez ich ciągłej obecności i prób nawigowania każdym ruchem, jakie stało się obecnie wychowawczym standardem. W relacji między wnuczką a babcia jest z pewnością coś anarchistycznego.
Latem, do niewielkiego drewnianego domu na równie niewielkiej skalistej wyspie fińskiego archipelagu, przyjeżdża rodzina – nieco wycofany ojciec, ekscentryczna babcia i dziewczynka Sofia. Spędzają tu wakacje od lat, tym razem jest inaczej – brakuje matki Sofii, która zmarła przed kilkoma miesiącami. Informacje o tym podana jest jednak przez Jansson niemal między wierszami, łatwo ją przegapić. To celowy zabieg, dzięki któremu pisarka nie tworzy ckliwej opowieści o stracie i żałobie. Emocje związane z rozsypaniem się rodziny są w tle, nadają dynamiki zdarzeniom, równocześnie nie stanowią jednak głównej osi książki.
„Księga lata” Tove Jansson jest traktatem filozoficznym
W krótkich, utrzymanych w prostym stylu opowiadaniach nie ma nic wysilonego, wymuszonego, nie ma żadnego nadmiaru. Ale też historie te nie próbują podsuwać na siłę pocieszenia, nie są jednowymiarowe. Szczęście jest tylko chwilowe, beztroska podszyta głęboką melancholią, a codzienność naznaczona rodzinną tragedią. Wakacyjnym radościom zawsze towarzyszy poczucie straty, refleksja nad przemijaniem i sensem istnienia. Jansson nie stworzyła historyjek dla dzieci, lecz traktat filozoficzny o życiu i śmierci.
Mimo wyjątkowego talentu narracyjnego, autorce kilka razy ześlizguje się pióro ku rejonom zbyt oczywistym i banalnym (np. rozdział „Kot”). W większości udaje się jej jednak uniknąć patosu i potknięć. W efekcie dostajemy niedużą książkę, której lektura budzi tęsknotę, słodko-gorzkie uczucie niosące równocześnie ból i ukojenie, które sprawia, że nasze życie staje się pełniejsze.
Dni rodziny upływają na łowieniu ryb, wyprawach po zakupy, penetrowaniu wyspy, obserwowaniu kapryśnej pogody i przyjmowaniu sporadycznie pojawiających się gości. Oraz na dość tajemniczej pracy, której oddaje się przy biurku całymi godzinami ojciec Sofii. I to w zasadzie tyle. Nic więcej się tu nie wydarzy.
A mimo tego, te krótkie opowiadania potrafią działać niezwykle silnie, wciągając w świat letniej dziecięcej beztroski, nudy, fascynacji i życiowych katastrof. Historia emanuje codziennym szczęściem, które bierze się nie z wygody, skrupulatnie opracowanego planu zajęć, wysmakowanych atrakcji, lecz z całkowitego zanurzenia się w życie. W tym sensie „Księga lata” może stać się podręcznikiem przechodzenia przez dzieciństwo, ale też późniejszego mierzenia się ze starością i kurczącym się czasem.
—
Tove Jansson, „Księga lata”, wydawnictwo Czarne, 2026