Listy ze Słowenii #3: Kawiarniana lekkość bytu

5 min. czytania

Dobrą kawę w Słowenii można wypić wszędzie

Nawet najmniejszy przydrożny bar w najmniej turystycznym regionie oferuje kawę z ekspresu ciśnieniowego. Mój pierwszy poranek w tym kraju mi to dobitnie pokazał i nie musiałem za to zapłacić więcej niż euro.

Bar mieścił się na parterze w bloku, w którym mieszkałem. Wystrój lokalu pamiętał jeszcze pierwsze lata niepodległości, a być może nawet żałobę po marszałku Tito. Kawę serwowali w nim jednak genialną.

Przybytek otwarty był już od piątej rano. Robotnicy idący do fabryk na poranną zmianę mogli więc napić się w nim małej czarnej, zjeść rogalika i zamienić parę słów ze znajomymi. Kiedy tam wszedłem o ósmej, większość stolików była już wolna. Kilka okupowali emeryci. Przeglądali prasę i debatowali w różnych częściach sali.

Kawa jest w Słowenii podstawą życia społecznego. Przed pracą pija się ją ze współpracownikami, a po pracy z sąsiadami i przyjaciółmi.

W biurach automat kawowy jest azylem bumelantów. To wokół niego toczy się nieformalne życie przedsiębiorstwa. Chyba nie znalazł się jeszcze taki słoweński przełożony, który by odmawiał pracownikom chwili wytchnienia przy cappuccino. Prędzej sam znajdzie czas w napiętym grafiku i usiądzie z podwładnymi, by zamienić kilka słów w luźniejszej atmosferze.

Życie kawiarniane sprzyja słoweńskiemu egalitaryzmowi. Dystans się skraca. Przy filiżankach wszyscy stają się równi. Dyskusja trwa nieprzerwanie.

Nieznajomi zagadują się, a kawiarnia przemienia się w agorę. W tradycyjnym słoweńskim barze nie ma co liczyć na prywatność. Wchodząc do środka, przygotujcie się na opowiedzenie własnej historii, przynajmniej z ostatniego weekendu, a jeśli jesteście w nowym miejscu, to z kilku lat. Anegdoty, stare prawdy, niezmienne narzekania, konfrontacje polityczne, jakiś mało śmieszny żart. Kawiarniany gwar.

W kawiarni kelner i klienci zwracają się do siebie per “ty”. W dobrym tonie jest przy składaniu zamówienia nawiązać krótką rozmowę z obsługą.

Ostatnio mój przyjaciel zaczął analizować z kelnerem konstrukcję tarasu, na którym piliśmy kawę. Pomimo, iż chłopak w pocie czoła biegał między stolikami, w pośpiechu stawiał szkło i porcelanę, to nie odmówił sobie skorzystania z okazji, żeby kilka minut poplotkować z klientem. Wyglądali jak starzy znajomi, którzy umawiają się na weekend, aby razem zbudować taras w domu jednego z nich i właśnie rozstrzygają najlepsze możliwe opcje.

Ten brak dystansu i niechęć wobec konwenansów sprawia, że nikogo tu nie dziwi kawiarniany gość w crocksach czy ubraniu roboczym. Kawa jest napojem dla ludu, kroplówką klasy robotniczej i urzędniczej. Bo tak jak w Polsce, również w Słowenii urzędnicy słyną ze upodobania do czarnego naparu. Nic dziwnego, że najwięcej lokali usytuowanych jest w pobliżu urzędów, sądów i państwowych agencji.

Obywatele często się oburzają, że sprawy w kraju nie idą w dobrym kierunku, bo biurokraci zamiast stawiać stemple, okupują kawiarniane tarasy. A przecież urzędnicy pokazują w ten sposób swój patriotyzm i zamiast niewiele znaczącego siedzenia w biurze zapewniają gospodarce stały dopływ kapitału.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu "Czas Wina". Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany