palma rosnąca na placu miejskim w Walencji

Podróż jaszczurki

Zimowa ucieczka do słonecznej Walencji

Początek
przeczytasz w mniej niż 10 min.

W poszukiwaniu zimowego słońca Anna Janowska ucieka do Walencji

Siedzę w plamie słońca, wystawiając twarz ku niebu. Otacza mnie rozkoszne ciepło i wielka jasność, jakże przyjemna odmiana od nisko wiszących, burych chmur. Gdy niespodziewanie pada na mnie cień rzucany przez fikuśną wieżyczkę rokokowego pałacu, idę szukać kolejnej słonecznej wyspy. Tym sposobem moja podróż po Walencji zaczyna przypominać wyprawę wygrzewającej się w słońcu jaszczurki. Komu zima dała w kość, ten wie, o co chodzi.

W Walencji w styczniu potrafi być nawet 21 stopni. W słońcu – które zachodzi dopiero o 17.58 (!) – jeszcze cieplej. Niebo jest nieprzyzwoicie niebieskie, promienie grzeją. I choć niektóre drzewa ogołocone są z liści, inne właśnie kwitną, a pióropusze palm przeczą zimie.

Jednak, żeby nie było tak pięknie, to wieczory, noce i poranki są chłodne. Przyda się ciepły sweter i czapka. A to, że słońce świeci wysoko wcale nie znaczy, że przebija się ku chodnikom wąskich uliczek starówki Ciutat Vella, której granice wyznacza gwarny bulwar oddający kształt dawnych murów miejskich.

Tu wszystko stworzone jest tak, by dać jak najwięcej cienia, bezcennego gorącym latem. A zimą? Zimą trzeba sobie radzić.

Patrzę na plan miasta i najbardziej oczywistymi plamami światła wydają się być tutejsze place. Gdy o 10.40 wchodzę na ten Collegio del Patriarca, nazwany tak na cześć XVI-wiecznego arcybiskupa i wicekróla Walencji, zaczyna zalewać go słońce wyłaniające się zza kopuły budynku uniwersytetu. Stoliki w ogródku restauracji Lateral, która wydobyła się z cienia, zapełniają się w mgnieniu oka. Udaje mi się dorwać ostatni.

Z twarzą do słońca zamawiam na późne śniadanie jajecznicę na boczku i tost z awokado. Cena 6 euro utwierdza mnie w przekonaniu, że mieszkańcy Walencji żyją na zewnątrz od rana do nocy. Kobieta koło mnie, stukając głośno w klawiaturę komputera, sączy sok pomarańczowy na zmianę z winem musującym. Obok para z psem, który co chwila wpada w przeraźliwy dygot – nie wiem czy z zimna, czy nerwów. I wycieczka Hollendrów zwiedzających Walencję na rowerach. Wszyscy – tak jak i ja – siedzą skierowani ku słońcu, z widokiem na obsypane pomarańczami drzewka.

Ledwie się odklejam od coraz bardziej nagrzanego stolika, a już kusi mnie podwórze Uniwersytetu. W bibliotece trwa wystawa fotografii, a ja tymczasem przysiadam na zalanej światłem kamiennej ławce, na otoczonym arkadami, idealnie osłoniętym od wiatru podwórzu. Opieram się o zimną, kamienną ścianę, myśląc jakie to musi być przyjemne latem. Inna sprawa, że wtedy siedziałabym po drugiej stronie placu, szukając na nim cienia. Przysiadają się do mnie dwie emerytki. Plotkują w najlepsze zza masek, które od 24 grudnia są w Hiszpanii obowiązkowe i które wszyscy karnie, oraz porządnie noszą.

Emerytki rozgrzewają kości wyziębione chłodem mieszkań, które pewnie – jak niemal wszystkie w mieście – mają podłogi wyłożone kaflami, tak świetnie trzymającymi chłód latem. Zimą z ziąbem walczy się wychodząc z mieszkania na słońce. Oraz przestawiając klimatyzatory na tryb grzania. Bo kaloryferów w domu – co oczywiste – nie ma tu prawie nikt.

Idę pod Mercado Central i tu przykra niespodzianka. Plac pod nim, podobnie jak ulice wokół są kompletnie rozkopane. Choć nie da się zaprzeczyć, że jest to remont skąpany w słońcu. Przebijam się przez wykopki ku przeszklonej, zdobnej fasadzie hali targowej z 1839 roku. W środku sterty karczochów, pomarańczy, papai, mango i awokado (które mają smak i nie są w połowie zepsute), stoiska pełne serów, czy niezliczonych wariantów jamon iberico.

Kolejną plamę słońca, tym razem solidną, rozłożystą i nieznikającą co chwilę za drzewem lub kopułą budynku, znajduję na trójkątnym Placu Ratuszowym. Przez wiele lat nazywany on był Placem Narodu Walenckiego. Te trzy słowa najlepiej oddają dumę z języka walenckiego, oraz ze swojego miasta, które największy rozkwit przeżywało w XV wieku. Wówczas było potęgą w handlu ceramiką, jedwabiem i plonami rolnymi z żyznych okolic.

Tamte czasy prosperity pamiętają otaczające plac kamienice o pysznych fasadach z wykuszami, balkonikami, ozdobnymi oknami. Na środku fontanna, zagłuszająca szemraniem wody gwar pokaźnego placu, przez który przewalają się tłumy wyłaniające się z podziemi dworca del Norte. Fala ludzi płynie ku starówce. Ku sklepom, ku rabajas, czyli wyprzedażom, tarasom restauracji i barów tapas. Swoją drogą, na tej właśnie stacji wysiądziemy z metra, które w 30 minut, za 4,90 euro, przywiezie nas z lotniska.

Niedaleko stąd do najsłynniejszego z placów w Walencji – Plaça de la Reina, przy którym zwykle stoją dorożki. Dziś cały jest w remoncie, zagrodzony blaszanym płotem i odstraszający łomotem młotów pneumatycznych. No cóż, za jakiś czas znów będzie tu pięknie. Przylegająca do niego katedra powstawała przez wiele wieków, więc jej budynek od każdej strony prezentuje inny styl. Brama prowadząca od południa, czyli od placu, kapie barokiem. Za to ta wschodnia jest w stylu romańskim.

Za świątynią, na paradnym, wyłożonym czerwonawym kamieniem placu Plaça de la Mare de Déu, króluje fontanna Font del Túria, uosabiająca rzekę Turię w otoczeniu ośmiu kobiet symbolizujących główne kanały nawadniające – wzniesione przez Rzymian i działające do dziś.

A skoro o Turii mowa… Powódź z 1957 roku, w której ucierpiało całe miasto, zapoczątkowała dyskusję o zmianie biegu rzeki. Koniec końców jej osuszone koryto przeobrażono we wspaniałe Ogrody Turii, okalające centrum miasta zielonym pasem. Spacer nimi, ze starówki nad morze, zajmuje niewiele ponad godzinę. Na końcu, niedaleko portu, wyrastają organiczno-futurystyczne budynki Ciudad de las Artes y las Ciencias mieszczące kino, muzeum i filharmonię. Stąd już tylko pół godziny na piękną piaszczystą plażę. A na niej już absolutnie nic nie będzie zasłaniać nam słońca.


Aktualności, inspiracje, porady. Zapisz się nasz comiesięczny biuletyn!

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.