Craig Mod wybrał się w pieszą wędrówkę po japońskim półwyspie Kii
Fot. Tom Vining / Unsplash
Na drodze przede mną starszy mężczyzna przewodzi grupie jeszcze starszych kobiet. Są na wycieczce objazdowej po miejscowych świątyniach i stoją właśnie przed przydrożnym ołtarzem wielkości food trucka. Chodź, chodź, przyzywa mnie tamten gestem.
Nasze głowy zbliżają się do siebie (…), żeby zajrzeć do wnętrza budowli przez wąskie drewniane kratki. Mężczyzna mówi, (…) popadając w natchniony monolog, którego adresatem jest ciemne wnętrze. Wskazuje stare krokwie, roztacza przed nami w zarysie historię rzeźb. Te posągi, mówi, wskazując na buddów, symbolizują zbawienie. A te – jego palec zatrzymuje się teraz na dłużej nad jizō – ustawiono dla utraconych dzieci i podróżnych. Modlą się do nich i kobiety, które poroniły, i piechurzy. Od tysiąca lat do tych samych.
Niech to, wie pan, zaczynam mówić, kiedy odrywamy nasze głowy od ciemności, uwielbiam ten odcinek drogi, Ise Kaidō. Jedynie trzy dni chodzenia albo coś koło tego, ale jest na swój sposób urzekający. Banda pań w niebieskich trwałych przysłuchuje się z (…) dystansu z wielkimi uśmiechami na ustach. Schodziłem kawałek Japonii i ta droga jest cicha, niewiarygodnie dobrze zachowana, nie zmieniono jej jeszcze w ciąg salonów pachinko albo sieciówek z ramenem czy wielkich aptek, jak niektóre inne drogi.
Tak, mówi. Cóż… na Ise Kaidō nie zrzucono bomb zapalających w czasie wojny, w przeciwieństwie do przemysłowych obszarów dalej na północ, w okolicach Nagoi. Dlatego ta droga jest w dobrym stanie.
Potem pyta: A pan z jakiego jest kraju?
Reaguję tłumionym śmiechem, ponieważ czuję się spięty i zażenowany, i żeby rozbroić napięcie związane z tym, co zaraz powiem i co zaraz mówię (chyba nie da się tego uniknąć, więc czemu by po prostu nie wyłożyć kawy na ławę w takiej nieudolnej, gołej i prawdziwej wersji?): Niestety jestem z tego kraju, który zrzucał te wszystkie bomby.
Śmieje się.
To zwyczajnie… nie do uwierzenia, mówię, że coś takiego miało miejsce, a teraz stoję tak z panem i rozmawiamy. Historia, mówi, dziwna rzecz. Bałagan z naszej przeszłości ciągle nas dotyka. Dawno temu, to już dawno temu, nic się już na to nie poradzi.
Był wobec mnie uprzejmy, wyrażając odmienne zdanie, wygładzał moją niezręczność. Ale przez niemal osiemdziesiąt lat większość mieszkańców naszego miasta była zatrudniona w fabryce silników lotniczych. Moi dziadkowie się w niej poznali. Moi rodzice też. (…)
Tamta fabryka ogrzewała sto tysięcy domów. Moim dziadkom dała wspaniałe życie.
Było to też miejsce, gdzie wytwarzano silniki do samolotów, które potem zrzucały bomby zapalające na tutejsze miasta. Osa i Podwójna Osa*, silniki gwiazdowe chłodzone powietrzem. Mój dziadek – mężczyzna o profilu aktora szekspirowskiego, o życzliwych oczach i wydatnym, eleganckim nosie, z płaskostopiem, po liceum, facet, który zapisał się do drużyny cheerleaderskiej, żeby móc oglądać mecze futbolu, bo nie było go stać na bilety – był tam na pewno, gdzieś na hali, pracował obok mojej babci w dniach tamtych bombardowań. Oboje drobne cośki w systemie o porażającej skali, wykonujące jedno z niewielu płatnych zajęć w mieście. Moja mama urodziła się dopiero dekadę później. Kto wie, co robił ojciec tego przewodnika.

W tamtych nalotach na Japonię, chorych i dokonywanych masowo, spłonęło sześćdziesiąt siedem miast. Ponad pół miliona zabitych. To jakby zabić każdego w naszym mieście dziesięć razy. Kioto ocalenie zawdzięcza pojedynczemu wojskowemu z wysoką szarżą i jego uznaniu wartości kulturowej miasta. Los żadnego miasta nie powinien zależeć od widzimisię jednego człowieka po drugiej stronie globu. Ale tak było. Los miast zależał od widzimisię jednego człowieka. Za dużo władzy, za bardzo uznaniowej. Czuję to w kościach w trakcie mojej wędrówki. Wędrówka – jej powolność, rozmowy z tymi, którzy wciąż tu są, przechodzenie przez te zawieszone w czasie miasta – uzmysławia mi to lepiej niż cokolwiek innego, gradienty minionej przemocy, tę najzwyklejszą głupotę.
A jednak dzisiaj, jakieś osiemdziesiąt lat po całym tym zamieszaniu, stoimy tu we dwóch i nie żywimy wobec siebie niechęci.
Wtedy: dwa kraje ścierające się ze sobą w najgorsze możliwe sposoby, najgorsze sekwencje zdarzeń. Dzisiaj: wspólnie wyrażamy zainteresowanie historią i starymi drogami w dobrodusznej, głupawej afirmacji życia. Ja, dureń, samotny, idący w zasadzie zapomnianym kawałkiem drogi (na całej Ise Kaidō nie spotkałem nikogo, kto też by nią wędrował), i ten facet na czele popołudniowego wypadu jakichś emerytek. To wystarczyło, by człowiek uwierzył, że może jeszcze wszystko będzie dobrze.
Kłaniam się im wszystkim i wołam: Przepraszam, że zakłóciłem paniom wycieczkę! A one chichoczą nerwowo i – naśladując gestem pisanie na klawiaturze – odpowiadają: Nie, nie, nie! Życzymy udanej wędrówki i proszę o tym napisać! Niech pan opowie ludziom o Ise Kaidō!
Wiele godzin później chronię się w kafejce przed ulewą.
Podają ciasto, jakie jadaliśmy w domu – ciasto anielskie. Proste i lekkie. Nie pamiętam, żebyśmy jako dzieci jedli jakieś inne. Czy nasi rodzice znali jakieś inne? Robione z gotowej mieszanki w proszku, nie mogło nie wyjść. Jestem pewien, że tutaj robią to ciasto od podstaw. Zamawiam je pełnym ekscytacji świergotem. Tylna ściana sklepu jest wyłożona winylami z muzyką. Drewniane meble wydają się przypadkowo zestawione. Za barem stoi małżeństwo.
Nabuzowany kawą, gawędzę z właścicielami. Wyglądają na trzydzieści lat. Okazuje się, że mają około czterdziestu pięciu, ten lokal otwarli jakieś szesnaście lat temu. Będą jednymi z najmłodszych dorosłych, jakich spotkam w trakcie całej wędrówki.
Mąż wyciąga fotografię. Popatrz na to, zwraca się do mnie. Ten przed wejściem to mój dziadek. To miejsce należało do niego, mówi z nieskrywaną dumą. Zakład zegarmistrzowski. Prowadziły go dwa pokolenia, prawie sto lat. Zamknięty przed dwudziestoma, mówi. Stał pusty i zatęchły. Żal było patrzeć. No to razem z żoną żeśmy go posprzątali, otwarli tę kafejkę. Żadnego treningu, dwoje żółtodziobów na głęboką wodę, śmieje się.
Ostatnie kilometry tego dnia pokonuję, brnąc przez zacinający deszcz, a wiatr, który świszczy mi w uszach, przemienia świat w maszynę do wytwarzania białego szumu.
Myślę o wojnie i unicestwieniu. O tym, jak pojedynczy słup z drewna cyprysowego pośrodku domu bywa świadkiem kilkusetletniej historii. O tym, jak bomby obracają tę historię w dym. O tym, jak odczuwa się nowość architektoniczną zburzonych miast takich jak Nagoja. O doznawanym w nich wrażeniu kulturowego i wspomnieniowego ubóstwa. O tym, jak w miastach, których nie tknęła wojna – jak Nara – drewniane budynki mieszczą w sobie gobeliny utkane z życia, historii, tradycji, zachwycającą krętość ulic ze znajdującymi się przy nich sklepami, u których sterów stają kolejne pokolenia.
I kiedy tak idę, nie potrafię przestać myśleć o tym, co przy tej drodze obok mnie pozostało, a co przeminęło. Które rzeczy się uratowały, a które nie. Ciastka, przydrożne chramy, popsute stoły z grą wideo, za słodka kawa mrożona wciąż tu są – ale dlaczego? W jednej chwili krajobraz sprawia wrażenie bardzo kruchego, tak łatwo jest sobie wyobrazić, że wszystko to znika, że zostaje wymiecione. Tylko drewno i wspomnienia, i opowieści, których coraz mniej. Wystarczy zwęglić drewno i starczy, że znikną ludzie, a te ciągi czasowe urwą się na zawsze. Ale po prawej mam działające gospodarstwo ryżowe, w którym ziemię przewraca się od stu lat, po lewej zaś przedwojenny sklep wielobranżowy, gdzie w witrynie nadal są wystawione motyki i bambusowe miotły. A za plecami mam teraz pola, popularną kawiarnię prowadzoną przez czyjegoś wnuka i jego żonę, którzy tchnęli nowe życie w stare miejsce. Miejsce, które przypadkiem – za sprawą paru kilometrów, centymetra na papierowej mapie –uchowało się przed bombami, ogniem, przemocą, unicestwieniem, bałaganem naszej przeszłości.
* Oryg. Wasp, Double Wasp. Silniki lotnicze o oznaczeniach r-1340 i r-2800 produkowane przez przedsiębiorstwo Pratt & Whitney w East Hartford w Connecticut – przyp. tłum.
