„Pulverkopf” w Nowym Teatrze [RECENZJA]

9 maja, 2026
przeczytasz w mniej niż 3 min.

„Pulverkopf” jest potokiem słów. Reżyserka, Katarzyna Kalwat, zatapia widza w tsunami zdań i robi to całkowicie świadomie

Fot. Maurycy Stankiewicz, Nowy Teatr

Jacek Poniedziałek, grający Patryka Werhunta, wspominał w wywiadach, że dawno nie miał tyle tekstu do wypowiedzenia w jednym spektaklu. „Pulverkopf” jest adaptacją blisko 600-stronicowej, nagrodzonej Angelusem powieści Edwarda Pasewicza. Scenariusz zajął ponad 80 stron. Główny ciężar spektaklu wystawionego w Nowym Teatrze (a później w Teatrze Polskim w Poznaniu) dźwiga Poniedziałek.

Powieść – a więc też i przedstawienia – jest monumentalna i dość zagmatwana. Rzecz dzieje się na wielu płaszczyznach czasowych, a sceny mają charakter szkatułkowy. Głównym bohaterem jest Patryk Werhunt, alter ego Pasewicza, który dorastał w Międzyrzeczu (Meseritz), mieście przechodzącym na przestrzeni wieków to w polskie, to niemieckie ręce. 

Pulverkopf, recenzja – nowy spektakl Katarzyny Kalwat

Chłopak trafia na ciało sąsiada unoszące się w rzece Obrze, a że przyczyny śmierci mężczyzny nie są jasne, cień podejrzeń pada na Patryka. To zdarzenie kształtuje przyszłe życie Werhunta, pokazane przez kolejne dziesięciolecia. Zarówno książka Pasewicza, jak i spektakl Kalwat nie są jednak historią opowiedzianą prostą linią narracyjną. Mamy do czynienia z dziełem totalnym, próbującym, niczym „Doktor Faust” Thomasa Manna, objąć cały świat. W poszarpanej mozaice ludzkich losów mieszczą się splątane dzieje Polaków, Żydów, Niemców i Rosjan, temat choroby, pamięci, śmierci, snu i rzeczywistości oraz prób odzyskania popękanej tożsamości.

Ważnym wątkiem jest też historia genialnego kompozytora Norberta von Hanneheima (Krzysztof Oleksyn), postaci istniejącej naprawdę, której w dziele Pasewicza zafascynowany Patryk Werhunt poświęca lata życia, próbując opisać jego losy (muzyk zmarł tuż po wojnie w Międzyrzeczu, w szpitalu psychiatrycznym). Odtworzone kompozycje Hennehiema podczas spektaklu gra na fortepianie Fryderyk Lutyński.

Pulverkopf, świat nadmiaru

Niemal czterogodzinny spektakl Kalwat może budzić dezorientację. Jest tak bogaty w wątki, postacie (nieschodzące przez całe przedstawienie ze sceny) i plany czasowe, że bywa nieczytelny. Osoby nieznające książki, tym bardziej poczują się tym nadmiarem przytłoczone. Poszczególne sceny skonstruowane są niczym wartki potok – szwy pomiędzy nimi są ledwo widoczne i przechodzą jedna w drugą na tyle płynnie, że przeskoki chronologiczne bywają trudne do wyłapania. 

Pulverkopf, recenzja

Ten nadmiar wydaje się być jednak celowy. Widzowi pozostaje albo go zanegować i odrzucić cały spektakl, albo zaufać reżyserce i jej ekipie. Publiczność Nowego Teatru, przyzwyczajona do przedstawień Warlikowskiego powinna jednak poczuć się jak u siebie.

„Pulverkopf” jest grą z naddatkiem, próbą pokazania, że życie składa się z kalejdoskopowych zdarzeń. Wystarczy jeden ruch, by konfiguracja barw i kształtów się zmieniała. Bogactwo pragnień, doświadczeń, uczuć nie da się ująć w sztywne ramy. Nadmiaru nie da się okiełznać, podobnie jak nie da się opowiedzieć świata ani życia w sposób dosłowny, linearny i klarowny. Kalwat podejmuje ryzyko pozostania niezrozumianą, być może jest to jednak jedyny sposób na to, by spróbować dotknąć prawdziwej materii życia. 


Pulverkopf, reż. Katarzyna Kalwat, Nowy Teatr, Warszawa; Teatr Polski w Poznaniu

https://buycoffee.to/travelmagazine

Michał Głombiowski

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

To też ciekawe