Zapomnij o Syrence, czyli po co jechać do Kopenhagi

przeczytasz w mniej niż 3 min.

W Kopenhadze robiłem dziennie po dwadzieścia pięć kilometrów. Pieszo. Bo mogłem

Fot. Aurora Ferreira/unsplash

W badaniach poziomu szczęścia mieszkańców miast brany jest pod uwagę cały szereg danych – m.in. dostęp do opieki zdrowotnej, placówek edukacyjnych, oferta kulturalna, i oczywiście stabilność polityczna – intuicyjnie czuję jednak, że kluczowe okazuje się to, czy miasto da się łatwo przemierzyć pieszo. Kopenhagę się da. I od lat jest w czołówce rankingów najlepszych miejsc do życia (aktualnie zaraz za Wiedniem, na drugiej pozycji).

Oczywiście, każde miasto, które jest trochę mniejsze niż Londyn czy Meksyk, da się przejść. Istotne jest jednak to, czy da się to zrobić bez zastanawiania się nad tym. To nie ma być bowiem wyczerpująca wyprawa, do której przygotowujesz się kilka miesięcy wcześniej. Ważne jest to, czy miasto zachęca, by w pierwszej kolejności wybierać za środek transportu własne nogi. I czy przemierzanie kolejnych dzielnic na piechotę odbywa się płynnie.

By tak było, nie wystarczą jedynie kompaktowe rozmiary miasta. Może być ono duże, ale musi być przy tym odpowiednio zaprojektowane. Tak, by pieszy nie zderzał się z ogromnymi murami. Betonowymi estakadami pełnymi samochodów i wielopasmowymi jezdniami, których przekroczenie trwa w nieskończoność.

W Kopenhadze byłem przez weekend. Padał deszcz, niezbyt intensywny, ale nieustający, a mimo tego nawet mi nie przeszło przez głowę, by szukać autobusów. Wychodziłem z hotelu i droga prowadziła mnie sama. Wzdłuż kanałów w centrum, ale też po Vesterbro i w końcu do Norrebro, które okazało się dla mnie odkryciem, gdyż podczas wcześniejszych pobytów w tym mieście, jakoś tam nie trafiłem, a to zdecydowanie jedna z fajniejszych dzielnic Kopenhagi.

Robiłem po dwadzieścia pięć kilometrów i w żaden sposób nie czułem się tym przytłoczony. Na dobrą sprawę mógłbym jeszcze kilka dołożyć, gdyby nie to, że jesienne dni są krótkie i po prostu nagle kończy się czas. Gdy czułem się zmęczony, przysiadałem na kawę lub te duńskie kanapeczki, które mieszczą w sobie cały świat. A później znów ruszałem przed siebie.

Koncepcje miast 15-minutowych (tyle czasu ma ci zająć dotarcie pieszo do wszystkich najważniejszych punktów kształtujących twoją codzienność) są znane nie od dziś. Wdraża je jednak mało kto, bo okazuje się to dość trudne bez przeprowadzenia rewolucji. Większość współczesnych miast stworzona została bowiem z myślą o samochodach i to one wpływają na wygląda miejsc, w których żyjemy.

I obawiam się, że na niewiele zda się trwające właśnie przejście od silników spalinowych do elektrycznych. Zmniejszy się w ten sposób emisję dwutlenku węgla. Nie pozbędziemy się jednak innych problemów.

Oprócz zmian klimatu, do których przykładają się auta spalinowe, borykamy się przecież ze smogiem, który wykańcza nasze zdrowie. A dla płuc najgorsze są cząstki stałe PM 2,5. Pojazdy elektryczne, choć wytwarzają 15 razy mniej dwutlenku węgla niż samochody benzynowe, emitują tylko dwa razy mniej cząstek stałych – a więc nadal stwarzają zagrożenie dla naszego zdrowia i samopoczucia. Zmiana napędu samochodów jest trochę półśrodkiem. Pomoże, ale nie zmieni naszego otoczenia. Być może przyszłością nie powinny być pojazdy elektryczne, ale chodzenie.

Wypad do Kopenhagi uświadomił mi też inną kwestię. O naszym samopoczuciu decydują nie tylko kwestie praktyczne. Równie ważne są detale, nad którymi niewiele się na co dzień zastanawiamy, a które tworzą obraz całości. Ich wprowadzenie nie wymaga rewolucji – jak w przypadku ograniczenia liczby aut – lecz głębszego namysłu, uważności i poczucia estetyki.

Zamiast paskudnych kolorowych słupków odgradzających chodnik od ulicy, można postawić donice z kwiatami. Zamiast pozbyć się drzew, można je otoczyć okrągłymi ławkami. A zamiast kolorowych banerów reklamowych, można wprowadzić jednolitą politykę dotyczącą wyglądu miasta. Kostkę Bauma zastąpić drewnianymi panelami, granitem lub inny kamieniem. Zaufać ludziom, że i bez wściekle żółtych barierek zorientują się, gdzie kończy się chodnik i nie wpadną do rowu lub kanału.

To działa. W ten sposób tworzy się przestrzeń, która jest estetyczna. Zachęcająca do przebywania w niej. I w zasadzie właśnie po to – by zobaczyć jak to wygląda w praktyce – dobrze jest wybrać się do Kopenhagi. To miasto dawno już bowiem odkryło, że niewielkie zmiany potrafią odmienić rzeczywistość.

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.