Wiosenne roztopy

28 lutego, 2026
przeczytasz w mniej niż 5 min.
roztopy wiosna

Cieszmy się póki są, bo mogą długo nie wrócić

To trochę nieprzyzwoity dźwięk. Miękkie, wilgotne mlaśnięcie podeszwy odrywającej się od gliny, zbutwiałych liści i resztek śniegu. Brnę przez leśną ścieżkę zatapiając się z perwersyjną przyjemnością w błotnistą maź, która jeszcze dwa tygodnie temu była zmrożoną, przykrytą warstwą śniegu ziemią. To bardzo sensualne doświadczenie.

Wiosenne roztopy. Element polskiego krajobrazu, który zniknął na dobre z dekadę temu.

Łąki nasiąknięte wodą. Brunatne plamy na leśnych drogach. Na wpół pokryte lodem kałuże. Pierwsze zapowiedzi wiosny. Niechybny znak, że oś Ziemi znów lekko się przechyliła i nasz skrawek globu zbliżył się do Słońca.

Powietrze jest jeszcze chłodne, ale trudno nie zauważyć zmiany. Na razie to ledwo nieśmiałe oznaki przebudzenia: śnieg znikający niemal w oczach, coraz głośniejszy śpiew bogatek, poddający się lód na stawach i potokach. Nie ma jeszcze ani śladu świeżej zieleni. Nie widać nabrzmiałych pąków na gałęziach drzew, ani ruchu otępiałych po miesiącach hibernacji płazów i owadów.

Są jednak roztopy. Utrudniają poruszanie się, wymagają zwiększonej uwagi. Łatwo wylądować w kałuży, poślizgnąć się na resztkach zbrylonego śniegu, ugrzęznąć w błocie. Jednak tego mi właśnie brakowało – poczucia, że wszystko toczy się właściwym torem. Że świat przesuwa się od jednego etapu do drugiego w cyklu, który powtarzał się przez tysiące lat.

Myślę o Chełmońskim. O jego obrazach pełnych szarości i brązów, o namalowanych olejną farbą wsiach przeciętych błotnistymi drogami.

O przybrudzonych plamach bieli, spływających niczym rzeka po duktach uwalniających się z okowów śniegu. Myślę o karczmie ulokowanej w centrum panoramicznego płótna – krytej strzechą chacie, przed którą tłoczą się chłopi i chłopki, brodząc w wąwozach brunatnego błota. Stawiają kroki unosząc nogi niczym bocian, kobiety podkaszają czerwone suknie, próbując uratować je przed wilgotną materią ziemi. Obok karczmy stoją sanie zaprzęgnięte do widocznego od tyłu konia. Jeszcze przed momentem można było ślizgać się nimi po śniegu, ale teraz ten pojazd częściej grzęźnie w bruzdach błota, niż sunie po lodzie. Zaczęły się wiosenne roztopy.

wiosenne roztopy w ujęciu Chełmońskiego
Józef Chełmoński, Przed karczmą, 1877, Muzeum Narodowe w Warszawie

Niema sto pięćdziesiąt lat temu, gdy Chełmoński malował ten obraz, wsie w naszej części Europy były skupiskami budynków rzuconych gdzieś w pole, otoczonymi drogami wydeptanymi przez mieszkańców i wyjeżdżonymi przez koła wozów. Nie było chodników, asfaltu, betonu. Gdy po kilku miesiącach śnieg puszczał, krajobraz zamieniał się w zwały lepkiej gliny. Chodzenie po niej było częścią życia, znakiem codzienności. Zmierzając do karczmy, chcąc nie chcąc czuło się bliskość ziemi, zanurzało w jej fizyczności, pozwalało oblepiać się błotem.

Zastanawiam się, czy tamtych ludzi to irytowało. Czy byli zmęczeni walką z napierającym z każdej strony chaosem. A może nikt o tym nie myślał, bo taki był przecież porządek rzeczy?

Brnę więc teraz przez leśne błoto, pozwalając wsysać mu moje buty.

Czuję się, jakbym na moment odzyskał utraconą rzeczywistość. Nie mam pojęcia, czy to powrót na stałe, czy – co bardziej prawdopodobne – krótkie mgnienie przeszłości, powidok mający przypomnieć nam o tym, co utraciliśmy.

Gdy śnieg pojawia się na kilka dni w roku, nie ma mowy o roztopach – o tej krótkiej chwili, kiedy wszystko wokół robi się spulchnione, wilgotne, nasiąknięte i ciepłe. Kiedy na początku stycznia jest piętnaście stopni na plusie – a było tak przecież kilka lat temu – w tej, skądinąd całkiem przyjemnej, temperaturze rozpływają się wszystkie stadia pośrednie, wszystkie chwile wstępu, zawieszenia pomiędzy tym, co odchodzi, a tym, co jeszcze nie nadeszło.

roztopy wiosna

W powietrzu unosi się zapach butwiejących liści i mokrej gleby. Gdy wychodzę z lasu, mijam dziwną konstrukcję – bożonarodzeniową choinkę wciśniętą w dwie opony. Przez dłuższą chwilę zastanawiam się, komu chciało się upychać martwe drzewo w równie martwe opony, aż uświadamiam sobie, że to dzieło śniegu. Ktoś wyrzucił choinkę, na którą napadał śnieg, pewnie dobre dwa miesiące temu, później ktoś inny cisnął na zaspę opony. Ten przekładaniec skompresował się samoistnie, gdy zaczęły się roztopy. Ciężka guma osiadła na leżącym poniżej drzewku, tworząc postmodernistyczną rzeźbę przypominającą nam o kresie wszystkiego – zarówno świąt, jak i naszej technologii.

Tak wygląda współczesna odsłona pozimowej odwilży. Skomplikowane szarady, które wymagają namysłu, by je rozwiązać. Ślady, które nie znikną, nie przeistoczą się w naturalną wiosenną, a później letnią odsłonę krajobrazu. Zostaną nawet, gdy wiosenne roztopy będą już odległym wspomnieniem.


„Travel Magazine” możemy wydawać dzięki mecenasom i stałym czytelnikom. Wspieraj naszą pracę:

https://buycoffee.to/travelmagazine
Michał Głombiowski

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

1 Comment Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

O nas

Podróżowanie jest jedną z form opowiadania o świecie - sposobem na łączenie kultur i osób. Chcemy zapewnić Czytelnikom nowe spojrzenie, zachęcając do wolniejszej i bardziej uważnej podróży.

Najnowsze wywiady

Newsletter

Aktualności, inspiracje, porady.

Liczba tygodnia

To też ciekawe