Jak zacząć nowe życie w Słowenii. Listy ze Słowenii #26

7 min. czytania

W moim misternie utkanym planie emigracji na południe wybrałem za cel Słowenię. Był tylko jeden problem. Nigdy wcześniej tam nie byłem

Na wysokości rzeki Sawy zjeżdżam z lublańskiej obwodnicy. Opuszczam równą jak stół kotlinę, na której rozłożyła się słoweńska stolica i jadę wzdłuż nurtu w stronę wzgórz na wschodzie. W sumie nie pamiętam kiedy ostatni raz byłem na tym szlaku. Być może pięć, a może sześć lat temu. Pamiętam za to, kiedy jechałem tędy po raz pierwszy. To było dziesięć lat temu. Dokładnie dziesięć. Co do dnia.

W moim misternie utkanym planie emigracji na południe, wszystko dobrze przemyślałem. Kierując się dedukcją, wybrałem Słowenię. Był tylko jeden problem. Nigdy wcześniej tam nie byłem.

Poleganie jedynie na prawach logiki mogło okazać się dość ryzykowne w podejmowaniu tak ważnej, życiowej decyzji. Zgłosiłem się więc na dziewięciomiesięczny wolontariat w Słowenii.

Niestety, żaden projekt nie był organizowany nad morzem, na czym mi bardzo zależało. Dostałem się do Trbovlje. Według opisu projektu dla wolontariuszy, było to postindustrialne miasto w centralnej Słowenii, z niegdyś bogatą kopalnianą historią. Hmmm… Bardzo zachęcający opis.

Po czternastu godzinach jazdy pociągami, wysiadłem na dworcu w Lublanie. Co prawda pociąg jechał dalej w stronę Zagrzebia i nawet zatrzymywał się na stacji Trbovlje, ale nie wiem, czy udałoby mi się kupić bilet. Doświadczenie z kupnem biletu nawet do Lublany nie napawało optymizmem:

Nie ma takiego miasta Lublana – powiedziała pani w okienku kasy PKP Intercity na Dworcu Centralnym w Warszawie. Poszukiwania stolicy Słowenii trwały już od pewnego czasu i w powiększającej się wciąż za moimi plecami kolejce dało się wyczuć pierwsze wyraźne oznaki zniecierpliwienia. Kobieta wertowała grube księgi połączeń z żółtymi kartkami i nerwowo uderzała w klawiaturę – Jest tylko… Ljub-lja-na.

Niech będzie – powiedziałem i zrezygnowałem z pomysłu, aby przedłużyć podróż do Trbovlje. Szczerze mówiąc, nawet mnie ta nazwa sprawiała wówczas trudność.

Na dworcu w Lublanie czekało na mnie dwóch pracowników Centrum Młodzieżowego Trbovlje, w którym miałem pracować przez kolejne dziewięć miesięcy.

Pojechaliśmy do Trbovlje wzdłuż Sawy. Słońce już zaszło i niewiele było widać za szybą samochodu. Dopiero tydzień później zobaczyłem drogę do Zasavja – wąski wąwóz, na którego dnie wije się górska rzeka. Na jednym brzegu linia kolejowa, na drugim szosa. Po obu stronach strome, niemal pionowe ściany gór (albo jak chcą Słoweńcy – wzgórz) wysokie na dwieście, a momentami nawet czterysta metrów. Z wyjątkiem skalistych ścian, góry są gęsto porośnięte puszczą bukowo-jodłową. Tak wygląda postindustrialna Słowenia.

Poza faktycznie brzydkim kompleksem cementowni i nieco oddaloną elektrownią z najwyższym kominem w Europie (niedawno otworzono tam ściankę wspinaczkową), niewiele pozostało śladów po przemysłowej historii tego miejsca. Dziesięć lat temu, pierwszego czerwca obudziłem się w miasteczku znajdującym się w górskiej dolinie i otoczonej morzem zieleni.

Przyjdź do Centrum Młodzieżowego, jak się wyśpisz po podróży – pamiętałem słowa Davida, jednego z pracowników MCT.

Było już po ósmej, kiedy zszedłem pod blok. Czując się trochę jak wagarowicz, skręciłem jeszcze przed pójściem do biura do pobliskiego baru. Było to typowe bistro, które otwierało się już o piątej nad ranem, żeby robotnicy udający się na poranną zmianę mogli łyknąć trochę kofeiny i zagryźć ją świeżym rogalikiem.

Kawa kosztowała 90 centów. Szybko przeliczyłem, że to ponad dwukrotnie mniej niż zapłaciłbym w Warszawie.

Starsza pani za barem nie rozumiała po angielsku i w ramach rekompensaty dodała drugą czekoladkę do kawy. Kiedy po niemal godzinie dotarłem do biura, przywitały mnie zdziwione spojrzenia.

Co tak wcześnie? – zapytała kierowniczka projektu, Karmen.

Okazało się, że moje obowiązki tego dnia ograniczyły się do kontaktu z rodzicami, rozwieszenia pięciu plakatów oraz wspólnej pizzy z wolontariuszami i pracownikami Centrum Młodzieżowego. Po pierwszym dniu spędzonym w Słowenii czułem, że trafiłem we właściwe miejsce.

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu Czas Wina. Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.