900 cm kwadratowych potencjalnego szczęścia

27 kwietnia, 2024
przeczytasz w mniej niż 4 min.

Holendrzy znaleźli sobie nowy sport narodowy. Może da się go przeszczepić na nasz grunt?

Fot. Robert Katzki

Guardian donosi, że Holendrzy znaleźli sobie nowy sport narodowy: zawody w likwidowaniu kostki brukowej. Dyscyplina została ochrzczona jako tegelwippen, co można z grubsza przetłumaczyć jako „rozbijanie płytek”. Zmagania potrwają do końca października, a wygra gmina, która pozbędzie się najwięcej betonu. Na razie prowadzi Venlo i Limburgia, na trzecim miejscu znajduje się Amersfoort. Amsterdam wlecze się gdzieś w tyle.

„Jesteś szczęśliwszy, gdy żyjesz w otoczeniu pełnym zieleni, więc każda zlikwidowana płyta to 900 centymetrów kwadratowych potencjalnego szczęścia” – mówi Remco Moen Marcar, jeden z pomysłodawców przedsięwzięcia.

Uczynienie z usuwania płyt chodnikowych zawodów jest sposobem na, by aktywować społeczeństwo ekscytujące się na co dzień rozgrywkami piłki nożnej. Kibicowanie Ajaxowi Amsterdam lub Feyenoordowi Rotterdam jest przecież w Holandii niczym religia. „Rozbijacze płytek” przenoszą po prostu rywalizację drużynową na inny poziom.

Beton znika zarówno z prywatnych ogrodów, jak i terenów zarządzanych przez gminy, a w miejscu płytek pojawiają się rośliny, trawa lub drzewa.

Czasem nasadzane, a kiedy indziej pozwala się po prostu powrócić chwastom.

Inicjatywa ma pomóc walczyć ze zmianami klimatu i sprawić, by w codzienności Holendrów pojawiło się więcej natury. W kraju naliczono blisko 6 mln ogródków przydomowych, z czego tylko niecałe 9 proc. spełnia warunek zapewniający biologiczną różnorodność oraz skuteczne odprowadzanie wody deszczowej. A warunek ten jest prosty: teren musi być w czterech piątych powierzchnią „zieloną”.

O zapale zawodników świadczy fakt, że niektórzy właściciele ogródków likwidują wszystkie płytki, oddają je do punktu składowania (i liczenia) i dopytują się, kiedy dostaną nowe. Nie każdy najwyraźniej przyswoił sobie cel przyświecający akcji, każdy jednak czuje sportowego ducha.

Nie miałbym nic przeciwko, by podobne zawody rozegrać w naszym kraju. Jak wiadomo, Polska beton kocha. Wszyscy chyba znamy miejskie skwery, które po modernizacji zamieniły się w królestwo rządzone przez króla Bauma. Pięknie byłoby to wszystko spruć. I jeszcze może wygrać jakąś nagrodę lub chociaż mieć satysfakcję z pokonania rywali.

Ujmujące jednak wydaje mi się przede wszystkim to, że Holendrzy zdobyli się na wysiłek przestawienia myślenia na inne tory.

Zakwestionowali porządek, który był tak oczywisty, że stał się niezauważalny. Na co dzień myślimy schematami, które wtłoczono nam kiedyś do głów. Jeżeli ogródek, to z chodnikami, alejkami i koniecznie bez chwastów. Skoro trawnik, to regularnie koszony. A jak cywilizacja – to powierzchnie utwardzone.

Nie wnikam, na ile te modele są słuszne. Cenne wydaje mi się już same poddanie w wątpliwość panujących zasad. Zastanowienie się, czy na pewno nadal należy według nich działać. W końcu to zadawanie pytań „dlaczego”, „po co” oraz „czy można inaczej”, pozwalało nam od tysięcy lat rozwijać się i rozwiązywać problemy.

Przykład „rozbijaczy płytek” w Holandii niesie nadzieję, że istnieją sposoby na wykorzystanie naszej chęci zespołowego działania do osiągnięcia pozytywnych celów.

Być może ktoś wpadnie na podobny pomysł w turystyce i wymyśli, jak zaangażować rzesze ludzi do aktywności pozwalających rozwiązać choć niektóre problemy wynikające z postępującego zatłoczenia.

Może na przykład trzeba iść śladem londyńczyków, którzy od lat mają tzw. grupy spacerowe? Umawiają się, by w zespołach – nawet kilkudziesięcioosobowych – wędrować po mieście różnymi, regularnie zmienianymi trasami. W ten sposób pieką dwie pieczenie na jednym ogniu: mają zapewniony ruch fizyczny i interakcje społeczne. Myślę, że dałoby się namówić choć część turystów, by dołączyli do takich spacerów i przestali tłoczyć się w trzech czy pięciu najsłynniejszych punktach miasta. Może by tak urządzić nawet jakieś zawody?

Na razie jednak miasta szukają innych dróg. O wprowadzeniu opłat za pobyt w Wenecji dla jednodniowych turystów pewnie już słyszeliście. Sumy nie są duże – w okolicach 5 euro – ale bardziej niż o zarobek chodzi o zniechęcenie przyjezdnych do pospiesznego zwiedzania. Mogę to zrozumieć.

Mniej natomiast podoba mi się zapowiedź burmistrza Sewilli, który wpadł właśnie na pomysł zamknięcia jednego z najbardziej ikonicznych miejsc w mieście – Plaza de España. Mają zostać wprowadzone opłaty za dostęp do placu, z tym że nie tylko dla jednodniowych, ale wszystkich turystów. Burmistrz zignorował najwyraźniej fakt, że Plaza de España jest integralną częścią Sewilli i szlakiem komunikacyjnym dla mieszkańców. A wszelkie utrudnienia w swobodnym spacerowaniu po mieście uważam za szkodliwe. To tak, jakby wprowadzić opłaty za wstęp na Plac Zamkowy w Warszawie, czy Rynek we Wrocławiu.

Grodzenie miasta zawsze oznacza jego powolną śmierć. W inicjatywie burmistrza Sewilli widzę zresztą przyznanie się do własnej niemocy w tworzeniu z aglomeracji zdrowego i tętniącego życiem organizmu. To rodzaj kapitulacji i zgoda na to, by kolejne miejsce zamienić w turystyczną atrakcję. Czy w ten sposób chcemy chronić charakter ulubionych miast?

https://buycoffee.to/travelmagazine

Michał Głombiowski

Redaktor naczelny Travel Magazine. Dziennikarz, autor książek podróżniczych. Od ponad 20 lat w podróży, od dwóch dekad utrzymuje się z pisania.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

O nas

W redakcji Travel Magazine wierzymy, że uważne podróżowanie potrafi zmienić rzeczywistość na lepsze. Jest przecież jedną z form opowiadania o świecie. A to z opowieści biorą się wszystkie zmiany. Z opowieści rodzi się wiedza.

Najnowsze wywiady

Newsletter

Aktualności, inspiracje, porady.

Liczba tygodnia

To też ciekawe