w słowenii

Jak żyć uważnie. Listy ze Słowenii #100

Początek

Po niemal 10 latach życia w Słowenii mniej zachwycam się tym krajem. Czy jest na to rada?

fot. Janko Ferlič / Unsplash

No i stało się! To już setny felieton z cyklu „Listy ze Słowenii”! Kiedy niemal cztery lata temu naczelny Travel Magazine zwrócił się do mnie z propozycją pisania cyklu korespondencji o Słowenii, byłem przekonany, że ta przygoda potrwa góra dwa lata. Jednak pisanie o nowym domu na słonecznej stronie Alp stało się częścią mojego życia. Nie ukrywam, nie zawsze jest łatwo znaleźć temat na kolejny tekst. Jednak przez ostatnie kilka lat nabrałem wprawy w obserwowaniu emigracyjnej rzeczywistości.

W Słowenii mieszkam już niemal 9 lat, a pierwszy raz przyjechałem tu 13 lat temu. Wówczas, w neofickim zachwycie, wszystko wydawało mi się nowe i egzotyczne. Z czasem zapał do odkrywania tego cudownego kraju przykryła szara rzeczywistość. Do rzeczy, które dla przyjeżdżających tu rodaków wydają się fascynujące, zdążyłem przywyknąć. Ot, stały się jedynie dekoracją w nudnej codzienności. Na przykład Alpy.

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem je, będąc w Lublanie.

To był słoneczny letni poranek. Błądziłem wówczas po słoweńskiej stolicy, kierując się w stronę Starego Miasta. Na jednej z ulic odwróciłem się na chwilę i aż zaparło mi dech. Skaliste granie Alp Kamnickich w słońcu wyglądały niczym z bajki. Poranne powietrze zapewniało dobrą widoczność i góry wydawały się wyrastać gdzieś na przedmieściach Lublany. W rzeczywistości są oddalone od miasta o około 30 km. Stałem więc na środku chodnika, wpatrując się i blokując przejście ludziom załatwiającym codzienne sprawy.

Alpy Kamnickie widać także z lublańskiej obwodnicy. Przez pierwsze kilka miesięcy z niecierpliwością ich wyczekiwałem, kiedy akurat jechałem przez stolicę. Po jakimś czasie znajomy widok zaczął powszednieć, aż w końcu złapałem się na tym, że przestałem na góry zwracać uwagę. Stały się kolejnym sympatycznym krajobrazem, których w Słowenii nie brakuje.

Podobnie było z innymi rzeczami, które zwyczajnie spowszedniały. Dobre wino? Standard. Szynka dojrzewająca? Zwyczajna wędlina. Palmy w ogrodach? Niemal chwast.

Niestety, jesteśmy tak stworzeni, że rzeczy i zjawiska nam powszednieją i trudno zachować początkowy zachwyt po kilku latach.

Ciągłe utrzymywanie uwagi jest męczące, a powtarzające się zdarzenia robią się monotonne i przestajemy je dostrzegać.

Z pomocą przyszedł mi jednak właśnie ten cykl felietonów. Obowiązek, aby co dwa tygodnie opisać część otaczającej mnie codzienności, całkowicie odmienił moje życie w Słowenii. Odkrywanie nowych tematów wymaga większej uwagi. Jej największe skupienie wiąże się naturalnie ze zbliżającym się terminem publikacji. Wówczas nawet zwyczajna rozmowa z sąsiadem lub kolegą może stać się inspiracją. Tak powstało wiele tekstów z tego cyklu.

Czasem tematem są doświadczenia sprzed kilkunastu lat. Pierwsza wycieczka do Lublany, nad Adriatyk, Dolina Soczy. Wówczas te miejsca wywarły na mnie tak duże wrażenie, że bez problemu mogę oczami wyobraźni wrócić do nich i odtworzyć przeżycia, które mi towarzyszyły. To jak oglądanie albumu z sekretnymi fotografiami.

To dzięki Wam, czytelnikom cyklu, odkrywam w zakamarkach pamięci piękne wspomnienia. Dziękuję za to i mam nadzieję, że pozostaniecie ze mną na kolejną „setkę”!

Napisz do autora: d.buraczewski@travelmagazine.pl

Damian Buraczewski

Ze Słowenią związany od 2011 roku. Prowadzi blog SlovVine.com wybrany Winiarskim Blogiem Roku 2019 magazynu Czas Wina. Jego teksty o Słowenii ukazały się na łamach Tygodnika Powszechnego, Tygodnika Przegląd i Czasu Wina.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

O nas

W redakcji Travel Magazine wierzymy, że uważne podróżowanie potrafi zmienić rzeczywistość na lepsze. Jest przecież jedną z form opowiadania o świecie. A to z opowieści biorą się wszystkie zmiany. Z opowieści rodzi się wiedza.

Najnowsze wywiady

Newsletter

Aktualności, inspiracje, porady.

Liczba tygodnia

To też ciekawe