dolina stubai

Elfer znaczy 11. Wędrówka po Dolinie Stubai

Początek
przeczytasz w mniej niż 3 min.

Równo o jedenastej chowa się za nią słońce. Kto mieszka w Dolinie Stubai, wystarczy, że podniesie głowę i już wie, która godzina. Góra Elfer

Fot. Anna Janowska

To góra z rodzaju tych, którą zobaczy się raz i zapamiętuje na zawsze. Poszarpana, zerodowana, zmęczona życiem. Widać ją już chwilę po tym, gdy wjedzie się w Dolinę Stubai. No dobrze, najpierw wzrok przykuwają lśniące jęzory lodowców na samym jej krańcu. Nie ma zbyt wiele miejsc w Alpach, gdzie w dolinę możemy zajrzeć niejako na przestrzał.

Gdy już się na napatrzymy i zaczniemy rozglądać na boki, pokazuje się ona – Elfer. Mniej więcej w połowie doliny, po lewej stronie widzimy jej wyrastający niczym pokruszona kolumna szczyt. Z dna kotliny, z miejscowości Neustift, prezentuje on się zgoła inaczej, przypominając wyboistą skocznię narciarską. A leżącego dokładnie po przeciwległej stronie ośrodka Shlick 2000, szczyt Elfer wygląda, jak poszarpane igły zębów jakiegoś stwora.

Jednym słowem Elfer zwraca uwagę skądkolwiek by na nią nie spojrzeć. Jako jedna z niewielu jest szczytem nie granitowym, a pokruszonym, fantazyjnym i wapiennym. Taki dolomit wyrastający znienacka wśród poważnych i solidnych sąsiadek. Fenomen geologiczny, kawałek prastarego dna morskiego, przybysz z innego świata. Nic dziwnego, że fascynuje i przyciąga. I że na nią właśnie postanawiam wejść, choć umówmy się, zdobywca szczytów ze mnie żaden.

Wędrówki po Dolinie Stubai

Jest jednym z Seven Summits Stubai, na który składają się najważniejsze, ale niekoniecznie najwyższe szczyty wokół doliny. Kto ma instynkt zdobywcy, ten za stanięcie na nich dostanie w centrum Informacji Turystycznej koszulkę. Wystarczy zebrać pieczątki w specjalnym paszporcie lub aplikacji, choć praktyka pokazuje, że czasem jako dowód wystarczą po prostu fotki w telefonie.

Motywem przewodnim szlaku na Elfer – naturalny zegar słoneczny – jest oczywiście czas. By go zaoszczędzić, można wjechać na wysokość 1812 m n.p.m. gondolą. Kto mieszka w dolinie, ten wjazd (i zjazd) będzie miał za darmo, w ramach Stubai Super Card, którą wręczy nam razem z kluczem do pokoju recepcjonista w hotelu czy pensjonacie.

W drodze na Elfer

Pod restauracją Panorama rozpoczyna się czerwony szlak, idący ku szczytowi liczącemu 2505 m n.p.m.. Żeby nieco odroczyć wspinaczkę, można najpierw pogapić się na startujące z zielonej łąki paralotnie. Trasa prowadzi trawersami przez zbocze, przez łąkę, potem przez jagodowiska i wrzosowiska okraszone kosodrzewiną. Złapać oddech można przy kilku tablicach tematycznych opowiadających o czasie z perspektywy sekundy, minuty, godziny, księżyca, gwiazd i stref czasowych.  

Przy Elferhutte (2080 m. n.p.m.), klockowatej chacie o czerwonych okiennicach, która de facto znajduje się na krańcu hali będącej miejscem startowym dla paralotni, gdzie zimą można pojeździć na nartach, szlak rusza stromo pod górę. Najpierw po kamieniach przez kosodrzewinę. Potem trawersem przez grań, skąd – za plecami – rozpościera się przepiękny widok na dno doliny i utkane wzdłuż rzeki mającej swoje źródło w lodowcach na jej krańcu miasteczka. Jest Neustif skupione wokół białej wieży kościoła, o domach ze słonecznymi balkonami, które latem są tak bogato ukwiecone, jakby brały udział w jakimś florystycznym konkursie. Dalej białe zabudowania największego w dolinie Fulpmes. I prostopadle biegnąca dolina rzeki Inn, kryjąca Innsbruck, do którego jest stąd zaledwie 21 kilometrów.

stubai austria

Alpy bez nart

Widoki widokami, ale pora ruszać dalej. Trasa pnie się wśród surowych formacji skalnych. Mam wrażenie, że wkraczam w jakiś tajemniczy labirynt, który – jakby magii było mało – otaczają chmury niesione przez wiatr. Szaro-białe kamienie gubią się w mlecznej mgle. Gdy ta pod wpływem silniejszego podmuchu ustępuje, pokazuje się stromizna zbocza, której wolałabym nie widzieć, idąc jej szczytem wąską ścieżką. Po chwili znów wchodzę w skały rozrzucone niczym domino ręką jakiegoś olbrzyma. Szlak kluczy wśród nich niczym po tajemnym lesie.  

Kamienisty monolit szczytu ginie w chmurze i gdyby nie stalowy krzyż, nie połapałabym się, że to już koniec wędrówki. Choć ten ostatni kawałeczek zostawiam tym lubiącym łańcuchy i adrenalinę, którą niesie ze sobą golizna surowej skały.

Pod zegarem

W drodze powrotnej chmury ustępują i pojawiają się nagie górskie szczyty po przeciwległej stronie doliny. Ich zbocza widowiskowo usiane są lejami po lawinach, niosących kamienie tak białe, że wyglądają jak lód czy śnieg. 

Korzystając z chwili słońca sprawdzam, którą godzinę pokazuje sferyczny, odziany w metal i drewno zegar słoneczny na zboczu Elfer. Jedna pętla pokazuje czas, druga datę. Wszystko zgadza się idealnie, a widok za zegarem taki, że nie wiadomo gdzie patrzeć.

Gdy z dna doliny, a potem ze słonecznego balkonu hotelu Sonnhof, patrzę na szczyt Elfer, nie mogę uwierzyć, że tam wlazłam. Ale wlazłam. Fajnie tak samą siebie czasem zaskoczyć. 

Anna Janowska

Dziennikarka, autorka książki Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar. W Pani i Travelerze pisze o podróżach, w Label Magazine o designie. Jej konik to wywiady - dla miesięcznika Zwierciadło rozmawiała min.: z Brigitte Bardot, Yotamem Ottolenghim, Elizabeth Gilbert czy Mariną Abramowić.

3 Comments

  1. „Równo o 11-ej chowa się za nią słońce.”
    Anno Janowska, dziennikarko, autorko książki! O 11-tej?! Tak się nie pisze od kilkudziesięciu lat.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.